dom nie mój
..koty tak bezczelnie przychodzą domagać się pieszczot..
..koty tak bezczelnie przychodzą domagać się pieszczot..

Obrzędy cieszą się dużą popularnością.
Zwłaszcza, jeśli są mistyczne, nieznane.
Zwłaszcza, kiedy można założyć jakieś dziwne szaty.
Zwłaszcza, jeśli na tych szatach są naszyte tajemne symbole.
Sceneria. A jakże. Las. Chyba jakieś sosny, w każdym razie iglasty. Nie za gęsty.
Ciemno.
Ciemno.
CIEMNO
Księżyca nie.
Stały już dwa rzędy młodych ludzi. Dosyć liczne. Wszyscy w czarnych albo białych szatach, powłóczystych. Z kapturami.
Gdyby je rozłożyć na ziemi byłyby kołami. I wyglądałyby prawie jak śnieżynki. Białe albo czarne. Symbole bardzo zawiłe, przecinające się linie, biegnące wszędzie, bardzo.. nie wiem, jak to powiedzieć. Władcze ?
I doszliśmy my. Czułam się trochę zagubiona. Wszyscy moi współtowarzysze wiedzieli, godzie mają stanąć. Ona mówiła, o, ja mam być 22, to stanę tu. On mówił coś, że jest 4. Oni jeszcze coś innego. A ja się pytałam, skąd to wiedzą.
Nie wiedzieli skąd.
Zakładałam tą szatę. Była biała. Symbole czarne.
Zakładałam, i się martwiłam.
Martwiłam się, że to jest jakaś pułapka. Że się okaże, że to wcale nie jest zabawa, że to wcale nie jest na żarty. Że oni naprawdę chcą coś z nami zrobić.
Ale ktoś mnie uspokajał, bo chodziłam naprawdę do bardzo wielu ludzi pytać się, co myślą.
Uspokajał mnie słowami, że co ja przecież mogę im dać. Nie mam za dużo życia.. generalnie, że nie byłabym dla nich (ale, kto to są oni ??) za wielką zdobyczą.
Dobrze. Ale jak się zbierze bardzo dużo takich marnych zdobyczy?
To co wtedy?
Ktoś kiedyś powiedział, że zdanie na tematy poruszane w rozmowie z innymi ludźmi ma zależne od tego, z kim rozmawia.
I że ludzie mają do niego o to żal.
I że mówią o nim pod nosem: "ty zły człowieku.. co to ma znaczyć? Jak tak można.. zawiedliśmy się.. nie ma już komu ufać.. po co rozmawiać w ogóle? ...świat jest okrutny, musimy go zniszczyć!!"
A przecież gałązki wierzby też są giętkie i elastyczne, nie opierają się wiatrowi, nie zaprzeczają postawą i mocnym głosem.
Gdyby nie one, pewnie Shirobei Akyama nie poczułby się natchnięty i nie stworzyłby swojego Yoshin-ryu.
Podobało mi się sformułowanie: "wyostrzony pod wpływem medytacji umysł".
Chodziłam sobie po mieście. Było słońce, ładne alejki, trawniki.
A właściwie ..to uciekałam. Nic te próby jednak nie dawały.
Co chwilę słyszałam głos, starałam się odwrócić głowę, nie otwierać oczu wyobraźni, odejść, uciec, nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć.
Właściciel głosu ..zapewne bardzo był tym rozbawiony.
Jakiś człowiek miał pecha, i też natknął się na cały ten spektakl. Zły wziął do rąk psa. Szarego kudłatego. O sympatycznym pysku. I mówi:
-biorę go za łapy i podnoszę do góry. Czekam, aż pies nabierze do mnie zaufania, potem rozszerzam jego łapy, aż robi 'szpagat'..
..Nie chciałam znowu tego widzieć !! Ale wiem, co leżało już po zakończeniu.. Biedna, rozerwana, bezkształtna masa. Nawet nie zapiszczał w swojej obronie..
Wszędzie leżały takie zwierzątka...
Niektóre tak jak ten, rozerwane, z niektórych nożem zdarta skóra, niektóre jeszcze inaczej.. tak bardzo nie chciałam tego widzieć !!
Żeby to było i istniało. Naprawdę..
Zły chciał sparaliżować swym okrucieństwem tego człowieka. Mnie chyba nie widział, ale może wyczuwał, bo byłam obserwatorem, może dlatego bolało mnie to wszystko jeszcze bardziej.
Chciał i jemu coś zrobić, tuż po zrobieniu czegoś temu pieskowi.
Ale człowiek okazał się przytomny. Uciekł. Po prostu.
I biegł, w górę, w prawo, na ukos. I ja biegłam. Czułam siły niewyczerpane, byłam tu na innych warunkach niż oni. I biegł zły. Czasem czułam jego gorący oddech na plecach, odwracałam się wtedy i starałam biec szybciej. Zapominałam, że mnie nie widzi.
Biegłam po łąkach, podmokłych, po trawach. Gdzieś bardziej na prawo był las. Byliśmy bardzo zapamiętali w tym biegu. Dotarliśmy do śniegu. I biegliśmy dalej, było stromo, śnieg biały, raził w oczy.
Ale biegliśmy. Ja, zły i ten trzeci.. W szarym ubraniu.
Dotarliśmy.. do narysowanego czerwoną.. farbą ? okręgu, nie widzieliśmy jego końca, więc równie dobrze mogła być to prosta, łuk, coś zupełnie innego. I cyfry. 1987 ? albo jakieś inne. Duże, duże cyfry.
Wiedzieliśmy, że jesteśmy na szczycie.
Więc odwróciliśmy się i zaczęliśmy zjeżdżać na dół. Trzeba było uważać, niesamowita stromizna była zdradliwa, śnieg sypał w oczy, trzeba było starać się hamować pęd.
Po prawej minęliśmy.. gigantyczne okulary.. Po prostu leżały..
A potem.. potem zaczęliśmy spadać.. To, co było na dole zaczęło zmieniać położenie, było najpierw za nami, potem nad..
Uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy tylko małymi pyłkami, w zasadzie niczym. Niczym, które znalazło się nie tam, gdzie powinno.
Cały nasz świat był tylko mapą, którą jej właściciel, wraz z okularami podniósł do góry..
No i zobaczyliśmy nasz szczyt. I czerwony okrąg.. Wcale nie był taki duży..
A my.. spadliśmy gdzieś.. w nicość..
A potem, tak jak wcześniej, było wszystko.
Ale nie było nas.

..zbliżają się święta. Na pewno wszyscy z was, moi drodzy, nie mogą się już doczekać i myślą, jakie prezenty zakupić swoim ukochanym bliskim, jakie to śliczne kartki z choineczkami i aniołkami wysłać przyjaciołom z którymi podczas tego wspaniałego czasu nie uda się spotkać, jakie to śliczne i kolorowe choinki...
-Święta. ......mać !!! Pierdolę takie święta - oznajmił głośno światu idąc korytarzem. Korytarzem który, nota bene nasuwał w większości ludzi nieprzyzwyczajonych do tej kopalni myśli samobójcze. Może dlatego zamontowali w niektórych korytarzach radiowęzeł. Żeby podnieść morale.
Nie dość, że jakiś jełop załatwił superszybkie chłodzenie sporej części kompleksu rozwalając zupełnie nie wiadomo czemu rurę, co narobiło dosyć sporo burdelu, który trzeba natychmiast, ale to natychmiast, na wczoraj, na juz, na tydzień temu zlikwidować.. to jeszcze to radio.
Święta, do jasnej cholery. Jakie święta? Tu ? Na tym pierdolonym końcu świata ? Gdzie nawet diabeł nie zagląda bo to poniżej jego godności..no way..
-Dzieciom nie wolno się tu kręcić - warknął do jakiegoś bachora stojącego u wejścia do korytarza. Tego samego w którym ktoś się wyżywał na rurze. Zimno było jak cholera, chociaż dopływ azotu już od jakiegoś czasu odcięty.
-Ale ja czekam na tatusia. On pozwolił mi tu być! On poszedło sprawdzić co się tu dzieje i czekać na niego!
Jednym słowem - ciekawie jest.. Zdusił przekleństwo, przykazał siedzieć tu i nie ruszać się i czekać na niego i tatusia, po czym ruszył.
Ktoś bardzo był zły, ten ktoś, kto tak przypadkiem rozszczelnił rurę. Była pogięta i poszarpana, sporo czasu musiał się męczyć żeby wszystko naprawić.
Wyszedł z korytarza, zmęczony i zły na wszystko co wokół. Dzieciak stał. Zmarznięty lekko i chyba przestraszony.
-Tatuś właśnie pobiegł pana ratować, proszę pana..
-Jak to, kurwa, ratować?? - zapomniał, z kim rozmawia. -Jak to, ratować - powtórzył spokojniej.
-Bo powiedział, że znowu ci źli ludzie się pojawili, i musi pana ostrzec..
Nie czekał, czy coś jeszcze małe chciało mu powiedzieć. A przynajmniej nie chciał czekać.
-Ale ja też chcę ! Ja chcę pomóc ! Ja też muszę iść !
Odwrócił się.
-Jeżeli ruszysz za mną, to cię zabiję..
Mały chyba nie wiedział, jak to jest, dostać się w ręce tamtych.. Nie wiedział, i nie powinien się nigdy dowiedzieć..
Ot, z okazji świąt..
Śniło mi się. Jednocześnie się nie śniąc.
I szłam pośród tego, odgarniając pajęczyny, dmuchając na kurz.
..próbowałam sobie z niego wróżyć.
Suche liście pod stopami krzyczały, że wcale nie umarły.
Że tylko tak wyglądają.. nijako.
Suche gałęzie nie wiedzieć czemu zebrane na stos.. poszłam sprawdzić, czy nie ma czegoś pod nimi.
Dla mnie.
Znalazłam wstążkę. Bławatkową. Trochę pogniecioną.
Schowałam głęboko do kieszeni bo wiedziałam, że jest ważna.
Ale nie pamiętałam dla czego.. dla kogo..
Spojrzałam w lewo.
Wydawało mi się przez chwilę, że jeśli pójdę w tamtym kierunku jeszcze parę kroków to będę tam, gdzie jest ziemia, którą znam.
I wtedy pomyślałam, że pójdę tam, pójdę, i wtedy poczuję się pewniej..
Poszłam zatem. Śpiewając kołysankę liściom. Bo smutno mi się robiło przez ten ich krzyk.
Stanęłam w tym miejscu, w którym myślałam, że będąc będę tam, gdzie chciałam być. Nie byłam.
Usłyszałam głos, jakieś pytanie. Rozejrzałam się, bo nie byłam pewna czy do mnie.
Do mnie, bo nie było nikogo.
Ale głos już odszedł.
Za długo myślałam..
Chciałam pobiec, żeby się wytłumaczyć.. ale nie znalazłam odpowiednich słów. I drogi.
Żałowałam.