Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Archiwum: marzec 2008

a ziemia...zobaczysz..ziemia to nie będzie ziemia...

wing 20/03/2008 @ 13:18

Zawsze chcieli uratować świat. Ale nigdy nie mówili tego na głos. Pielęgnowali te marzenia w swoich sercach. Dbali o nie.
Pilnowali, żeby nigdy nie zabrakło im wody i światła.

Jeżeli czegoś się.. tak przecież jest. Więc i im los rzucił wyzwanie.
Szansę.
Możliwość.
Nadzieję.

Tylko że nie wszystkim przyszło świętować.
Ale ludzie o nich zaczęli śpiewać.
Wielbić.
Podziwiać.

Tylko... tylko że teraz już czterech Aniołów zsuwało się w Zapomnianych Karczmach pod stół..

"ostatni toast.. milczy się!!"

wing 19/03/2008 @ 20:26

Niedawno padało.
Wiatr niezdarnie głaszcze po szyi.
Ma takie mroźne dłonie..

Zdjęłam pajęczyny z włosów. Co za niewyobrażalna ulga..

Było ich na początku dziewięciu. Niczym bracia, chociaż ciężkie to zadanie - być dla kogoś. Czasem śpiewali przy ognisku, czasem siedzieli posępni. Kiedy zdarzało im się zapomnieć i pić do upadłego w karczmie wino, obiecywali sobie, że nigdy żaden z nich nie zawiedzie pozostałych.

Że oni zawsze. Że wszyscy dla każdego. Że do śmierci i dalej.
A potem któryś zsuwał się pod stół.
Kiedy tak upadali (zawsze w tej samej kolejności) przysięgali wszystkim, że czuli się wtedy niczym Aniołowie.

Ale nikt o nich nie śpiewał. Nikt nie wielbił. Nikt nie tęsknił długimi nocami. Oni też nie.

Do żadnego człowieka. Do żadnego miejsca.

Dlatego tak bardzo kochali księżyc.
O czwartej nad ranem, kiedy wygląda najpiękniej, kiedy nie udaje się ciągle zasnąć, właśnie wtedy, wtedy tylko czasem któremuś się zdawało, że wszystko już rozumie. Że nie ma żadnych pytań.

Tylko odpowiedzi..

knight's story.

wing 18/03/2008 @ 10:46

alone

... i jeszcze to, że byłam w Czechach, żeby zobaczyć zamki. Idąc leśną dróżką w pewnym momencie podniosłam wzrok wcześniej wbity w ziemię pod stopami. Był biało-niebieski..
Poszłam potem do następnego i oglądałam flagi. Czy tam proporce. Wszystkie miały rycerza na koniu (z dziwnie ułożoną, jakby kokieteryjnie, nogą [zakończoną zgrabnym kopytem]) tylko różnice w szczegółach, kolorach.

Powiedziałam, zapytałam się pewnej pani, gdzie są tu i tam jaskinie. Powiedziała, że godzinę drogi na zachód. To stwierdziłam, że pójdę sobie na spacer, bo bardzo chciałabym zobaczyć.
Oni, cała reszta, zaczęła protestować, że przecież nie znam tych terenów, nie dogadam się z tubylcami (ale wierzyli w moją inteligencję i zdolności językowe...), zgubię się i będzie problem.

Wzięłam plecak, prowiant, mapę i ruszyłam. Ku zachodowi. Trochę czując się jak błędny rycerz, który przez roztargnienie zgubił swojego rumaka..