Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Archiwum: wrzesień 2008

-a czemuż nie pijasz kawy, panienko ?

wing 28/09/2008 @ 17:49

Ah, adrenalina. Gorąco rozlało się po żyłach, uwielbiam to uczucie..

Zwolniłam trochę kroku, zamyślając się - świat mi świadkiem! - nad tym, cóż czynić w kolejności dalszej.

Było parę opcji, jak zawsze. Pytanie tylko, którą wybrać. Broń ciążyła za paskiem (fajnie to brzmi, generalnie była lekka, ale dobrze mi się myślało o niej w ten dosyć poetycki sposób), co jakiś czas przewijała mi się myśl o tym, że dobra jestem, że jej jeszcze nie zgubiłam. Po każdej takiej myśli obiecałam sobie, że wreszcie zainwestuję w kaburę.

Albo zażyczę sobie jej na prezent ślubny. Ha ha. Żart.

Dla porządku - żeby zgoda była z tymi wszystkimi detektywistycznymi sensacyjnymi książkami i.. filmami, no niech im będzie, że filmami też - więc dla porządku przyczaiłam się za drzewem.

Przyznam - ostatnio szczera jestem przed sobą jak mało kiedy - głupie to było jak nie wiem z mojej strony, ona i tak by mnie nie zauważyła wcześniej niż podczas zderzenia czołowego, więc była to dosyć niepotrzebna zabawa - zwłaszcza jeśli plątałyby się w okolicy jakieś znudzone mordy pragnące się czymś zainteresować.
Nie plątały się - jednak głupi chyba ma szczęście.
Znaczy ja, ha.

Wracając do opcji.
Miałam pustkę w głowie. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, nie miałam tylko pojęcia - cóż takiego zdziałać - żeby było inteligentne, z polotem i dało jakieś (najlepiej oczywiście pozytywne) efekty.

W końcu - straciłam cierpliwość do samej siebie. Ileż można myśleć, na dobre mi to nie wyszło nigdy, zawsze wynajdywałam sobie jakieś nieistniejące problemy i przeszkody. Ruszyłam przed siebie zdecydowanym krokiem (przez myśl przespacerował dosyć absurdalny pomysł, że chce mi się chodzić na rękach) - po paru sekundach gwałtownie zwolniłam po czym zaczęłam udawać, że wiążę sobie but, po czym (no, moze trochę zbyt szybko) wstałam i ruszyłam przed siebie ponownie pilnując się całą swoją siłą woli, by iść tak zwanym spacerem.

W końcu doszłam do etapu w którym byłam tuż za nią. Zaczęłam wyciągać dłoń, by poklepać ją po ramieniu albo coś, ale potem stwierdziłam, że gdyby mnie ktoś obcy poklepał po ramieniu, to bym mu chyba przyrżnęła. Zaczęłam więc myśleć nad czymś innym. Zrobiłam parę większych kroków i zaczęłam iść obok niej czekając, aż mnie zauważy i zastanawiając się, jak zacząć i co powiedzieć.

w moim domu lustra są małomówne.

wing 27/09/2008 @ 13:31

Wreszcie.
Zakończenie nadeszło parę dni temu. Może nawet nie zakończenie, może nowy początek, całkiem innego życia. Lubię sobie czasem pomarzyć.
Wiara w lepsze jutro, wiara w to, że kolejny dzień będzie mniej parszywy niż ten poprzedni. Że ci wszyscy beznadziejni ludzie będą mniej beznadziejni tego kolejnego dnia.

To wszystko się sprowadza chyba do tego, że nigdy się nic nie wie, dlatego się wierzy i ma nadzieję. Wciąż i wciąż. Ciągle od początku.

Poszłam na spacer. Ten deszcz, zawierucha, zimno przenikające do samego ducha - aż się czuje że się żyje. No i mało ludzi. Nikt nie zaczepi, że zbiera na wino i potrzebuje drobnych.

Spacery mają w sobie coś magicznego, co przywraca do życia. Pewnie dlatego - wreszcie udało mi się ją znaleźć.

Była dokładnie taka, jak ją zapamiętałam. W białej sukience, smutna. Nikt jej nie zauważał. Chodziła ze spuszczoną głową, taka jakby zamyślona. Przeżywająca swoje życie wewnątrz siebie, nie czująca potrzeby podzielenia się nim z kimkolwiek.
Innym niż ona sama.

Córko grabarza. Nareszcie się spotykamy.

rola wódki w życiu każdego polaka i rosjanina

wing 22/09/2008 @ 09:09

No i nadszedł ten moment, któregoż to się obawiałam.
Takie wypalenie oraz pustka w głowie, taka tabula rasa.
Lecz nadzieja mnie nie opuszcza ani jednego dnia, iż jest to czas przejścia (ciut niezręczny) do czegoś nowego i ciekawego.
Wszak.
Wszystko w dzisiejszych czasach musi być ciekawe, interesujące, przyciągające, atrakcyjne, miłe.
Bo jeśli nie jest, to się zginie marnie.
A oni zadźgają.
Takie nieatrakcyjne pomysły.
Rzecz jak najbardziej jasna.

A tak w ogóle to za miesiąc i 3 dni biorę ślub.

ale to zawsze zawsze zawsze

wing 03/09/2008 @ 20:19

Zawsze powinno tak być.
Zawsze być TU i TERAZ.
Poświęcać swoją uwagę każdej chwili.
I nie żałować, że przemija.

Tak cudownie się wtedy człowiek czuje.

Po powrocie ze sklepu usłyszeliśmy tylko: wiecie już?
No pewnie. Zawsze wiemy wszystko i zawsze jesteśmy zorientowani - to dzięki niezastąpionej umiejętności czytania w myślach ludzi wokół.

Na początku oczywiście powiedziałam: nie.
Ale potem oni nam powiedzieli, że Osman to chodzący kantor, chodzące wszystko, co tylko trzeba załatwic, więc znalazły się jednak pieniądze.

3 czy nawet więcej godzin spędziliśmy w aucie. Trochę zdychając z gorąca, trochę grając w pokera. Zahaczyliśmy o targ nawet, ale zanim zdążyliśmy jakoś konkretniej się zastanowic, co tak naprawdę chcemy, nasycić się barwami, wchlonąć zapachy bylo: no, pajdiom, pajdiom. nam nada idti.

Golubyje ozjera były rzeczywiście błękitne. I się w końcu nie wykąpałam, bo poza całym tym błękitem były również odrobinę zimne (ok 2-3 stopnie, jak orzekł Dziadek). Zostawilam całe to pluskanie facetom. Nawet nieźle im szło.

- No i co, kurcze. Po kiego tu jeszcze siedzimy. Pokazał nam te jeziorka i co. I kurde pije wódę. Zajebiście, już nigdzie nie pojedziemy. Zachciało się wycieczki, do jasnej cholery.

Jak wróciliśmy z wizyty pod wodospadem do którego szlo się wąską i psychodeliczną ścieżką wzdłóż rieczki zawołali nas, żebyśmy z nimi też pili.

Te toasty!!

s600

Do gorących źródeł sunęłyśmy mercedesem s600 z kuloodpornymi szybami. Prowadził syn generała. Muzyka wypełniala wnętrze, nas, i wszystko, co tylko napotkała na drodze. Zwalnialiśmy delikatnie, kiedy trzeba bylo wyminąć krowy, dla ktorych największy klimat miało zjadanie trawy i wymijanie ostów. Potem przyspieszaliśmy. Patrzylam na błyskawice i granatowe niebo. Na krople deszczu na przedniej szybie.
Ściskałam w dłoniach drewniany domek.

Po głowie kołatała się piosenka o kabardyno bałkarii.

Woda była gorąca. Była tylko dla nas.
Śpiewaliśmy.
Krzyczeliśmy z radości.
Pryskaliśmy dookoła.
Skakaliśmy rozbryzgując na wszystkich wodę.

Potem znów: raz staliśmy cicho i słuchaliśmy co mowią, wnosząc kieliszki. Aż momentami dreszcze przechodziły. A potem, kiedy kończyli, śmialiśmy się i poklepywaliśmy po plecach. I oglądaliśmy zdjęcie, jak to generał piecze barana na szczycie Elbrusa.

Cudownie zmrożona woda mineralna.
Chleb, sól.
I wódka.

Wracając znowu śpiewaliśmy. Trzeba było dać upust emocjom. Nieoczekiwanych autostopowiczów uraczyliśmy katem i kawałkiem soczystego melona.
W przydrożnym kafe zatańczyły dla nas dwie dziewczyny.
Miały powiewne suknie i orientalną urodę.

O północy piliśmy szampana śpiewając sto laaat...

Bajka skończyla się dopiero o 2.oo, kiedy wróciliśmy spać. I musiała być opowiedziana. Bo u nas by się nie wydarzyla. Tylko tam. I będzie opowiedziana jeszcze wiele razy. Żeby nie tylko jedna osoba usłyszała.