Wczoraj, ot tak, zupełnie bez związku z czymkolwiek, co się wtedy działo, przypomniał mi się jeden z letnich dni.
Już dawno został zepchnięty do odmętów i kazamatów zarośniętych pajęczynami niepamięci.
Ale szłam przez las.
Wtedy. Błoto było, ale ja lubię się czasem nie przejmować, się pobrudzić i poczuć jak prawdziwy człowiek, który wie, co do niego należy, który nie zwraca uwagi na rzeczy ważkie i nieważne.
Taki profesjonalista, któremu uroku oraz, a jakże, wiarygodności dodaje błoto na butach, szrama na policzku i brudna koszulka.
Zastanawiałam się przez chwilę, czy jest możliwość minięcia paru nieciekawie wyglądających gości - nie miałam ochoty na starcie, gadanie, groźne miny. W końcu machnęłam w duchu dłonią i poszłam wprost przed siebie, najkrótszą drogą, zostawiając ślady swych stóp w błocie. Zgniatając i tak już zmaltretowane resztki trawy.
Nawet nie spojrzeli na mnie. Takie wrażenie przynajmniej odniosłam, bo sama ja ich nie zaszczyciłam spojrzeniem. Coś debatowali potrząsając swoimi replikami.
Ha ha. Byłam chyba jedynym człowiekiem wchodzącym na teren gry z prawdziwym karabinem.
Reszta ganiała z takimi na kulki.
Idąc obserwowałam ich zachowanie. Matko, jak ja bym chętnie do nich dołączyła... Wcielić się w takiego marines polującego na Alieny, na bandytów, terrorystów, kogokolwiek polującego.
Ale polującego.
A ja szłam. Kiedy tęskne myśli odpłynęły wyobrażałam sobie, co by było, gdyby któryś mnie zaskoczył czy przestraszył. Jakby wyglądał przeszyty serią.
W końcu odruchy to odruchy.
Miałam jednak nadzieję, ze żadnemu nie wpadnie nic tak głupiego do głowy. Żeby zaczepiać kogoś obcego.

Nikt nie miał. Byłam jak duch, biegali obok, tak blisko, że mogłabym któregoś złapać za rękę, włosy czy bluzę.
Tylko bałam się, że by ze strachem się wtedy obejrzeli.
I stanęłabym na wprost niewidzących mnie oczu.