Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Archiwum: styczeń 2009

inspire me

wing 29/01/2009 @ 18:10

inspire meCoś wisiało w powietrzu w zeszłym tygodniu - poprzez zasłonę teraźniejszości udało mi się to wyczuć, ale nie zrozumieć, wkrótce po tym zachorowałam.
Teraz fajnie by było opowiadać o tym z figlarnym uśmiechem paląc fajki i sącząc klimatycznie kawę parującą z ogromnego kubka z misiem.
Tyle, że nie palę fajek i nie pijam kawy.
Ostatnio nie mogę zebrać myśli. -- I wkrótce co, przestanę je miewać ?

Następny proszę.

A tamten zwiesił głowę, jakby rzeczywiście coś się stało. Ja tu się staram być miła i dodać otuchy, a on odchodzi jakbym mu zrobiła jesień średniowiecza z, no.
Ja się zaraz zastrzelę, jeżeli nic nie wymyślę. Czas biegnie nieubłaganie a się proszę wszystkich dookoła o jakieś, jakiekolwiek nawet, myśli a oni nic. Że nie mają czasu, że się spieszą, że właśnie autobus. Kurwa. Żeby to chociaż na jakiś konkretny. To nie, jak się pytam: "a na jaki, skarbie?" to oni że nie wiedzą, że tak tylko, że na pewno będzie coś jechać.

Zaczęłam nawet losowo wybrane obce osoby zaczepiać, też zbywają mnie byle jakimi wymówkami. Ale to niemożliwe, żeby wszyscy na całym świecie (chyba że to tylko tu, w tym mieście?) zmówili się, że nie dadzą mi ani jednej myśli.

Że nie można tak ułatwiać komuś życia, bo to zbrodnia wobec niego i bardzo zły uczynek, taka pomoc.

Cała karczma nasza. W OTCHŁAŃ się zatacza.

wing 22/01/2009 @ 21:56

W życiu każdego człowieka, nawet kobiety, nadchodzi chwila, kiedy znajdzie się w disco barze.
Różnie ludzie reagują w takich sytuacjach. Niektórzy, cali w popłochu próbują uciekać, niektórzy ze stoickim spokojem na twarzy(wewnątrz burzą i chaosem, szałem prawdziwym) próbują przetrwać ten czas i sprawić, że będzie mijał szybciej, a o ni la da chwila znajdą się w bezpiecznym schronieniu.

Ja, tak sobie myślę, nie wiem, jak odbierali to inni, byłam jakoś tak pomiędzy. Na początku uciekająca, ale z sali do sali, z pomieszczenia do pomieszczenia, w końcu, zrezygnowana wylądowałam przy barze. kolorowym barze, gdzie światła migały w twarz barwami różnemi.

Ze zrezygnowanym wyrazem twarzy sączyłam kolorowego drinka którego podał mi barman w kolorowej koszulce, którego włosy były, a jakże, również kolorowe. Nie spodziewałam się żadnych niespodzianek. Prawdę powiedziawszy - modliłam się, żeby żadna nie nadeszła.

Co chyba je przywołało. Ją. Jego.

No więc jego. Myślałam że to kolejna osoba przepychająca się, by kupić cosmopolitana czy innego modnego kolorowego drinka. Zwrócił się jednak wprost do mnie.

- Weź je proszę i jej oddaj. Musisz to zrobić, ja już dłużej nie mogę.
Patrzyłam się na niego swym zrezygnowanym wzrokiem osoby pragnącej być w normalnym miejscu.
- Przepraszam?
- Weź je, proszę..- powtarzał jak mantrę wciskając mi parę złotych butów (szpilki, z paskami opasującymi kostkę)
- Przecież ona mnie nienawidzi. Jak niby mam jej je dać?
- Jeśli Ty tego nie zrobisz .. będę zgubiony - no pięknie. bierze mnie na dramatyzm, bierze mnie pod włos. A ja nie mogę sobie tak pozwolić.

Ale patrzy na mnie i nic nie mówi. Ja przymykam oczy, może to tylko sen.. Ciągle jestem. Ciągle jest. Z wahaniem przyjmuję je od niego.
Niech będzie co ma być. Ta wiedźma przecież nie może być tak straszna jak o niej mówią, prawda ?

Prawda ?!

dance me, baby. to the end of love..

wing 12/01/2009 @ 22:15

Nadchodził wieczór a my ciągle włóczyliśmy się po tym opuszczonym mieście. Wszędzie gruzy, pełno śmieci. Nie znaleźliśmy niczego ciekawego.
Westchnienie w duchu (chociaż pewnie wszystko się odmalowało bardzo wyraźnie na twarzy) i przestawienie się na poszukiwanie schronienia.

Doszliśmy w końcu do jakiejś wieży. Czasem zdarza się takie szczęście. Rozglądając się dookoła weszliśmy. Wraz z nastawaniem mroku wzrastał niepokój.

Rozglądałam się tylko ciągle, czy nie ma w okolicy tych dwóch. Ich się bałam. Oni byli niebezpieczni. I jeśli ktoś nie uważał - widoczni dopiero sekundę przed śmiercią.

(Jedno zdarzenie z ich udziałem zapadło mi na zawsze w pamięci.. Dźwięk piły mechanicznej i bezwładnie spadające kawałki. Nie wiem czemu kojarzyły mi się z różyczkami kalafiora..)

Mimowolny dreszcz. Sio. Nie ma. Już nie ma. Już nie wróci.

Weszliśmy tam. Na górę schodami. On zabrał się za przeszukiwanie wnętrza, czy nie ma tam jakichś niemiłych niespodzianek, poprosiłam go o zostawienie mi jego karabinu. Tak na wszelki wypadek. Dla poczucia bezpieczeństwa. Przewiesiłam pasek przez ramię.

Siedziałam sobie w tym ciemnym pomieszczeniu na szczycie i ćwiczyłam uchwyt, szybkie odblokowanie i wycelowanie.
Pomimo tego, że podświadomie wiedziałam, że to on jest tym majaczącym za szybą drzwi ciemną postacią - o mało go nie zastrzeliłam. Nawet jak człowiek wie, to głupio potrafi zareagować - postraszyć się niepotrzebnie.

Pokręcił głową, a ja się uśmiechnęłam, ale chyba nie za bardzo z ulgą, bo ciągle mi się wydawało, że tak wcale nie jesteśmy sami.

No ale dobrze. Doszła do nas reszta ekipy. Oni to się nigdy niczym nie przejmowali. Zaczęli robić jedzenie (znaczy - Mama zaczęła, bo ona się na tym najlepiej zna, potrafi zrobić pierogi w najgorszych nawet warunkach) i gadać głośno.

Mi nagle serce mocniej zabiło i wypieki wystąpiły na twarz. Zobaczyłam chłopaczka od nas (nie znałam go za dobrze, bo niedawno zrekrutowany), taki brunet z dziwnie wystrzyżonymi włosami.
Skradał się w budynku obok - były duże okna i u nas i tam, dlatego udało mi się go zobaczyć. Skradał się z karabinem mając zamiar zabić któregoś z naszych - tych nieuwaznych dla których najważniejszym elementem dnia było jedzenie. Chowając się za każdym kwiatkiem (czy raczej resztką kwiatków w dużych donicach) zaczęłam iść szybciej niż on. Bałam się strzelać, żeby nie oberwać potem gradem stłuczonej szyby. Ale wiedziałam, że trzeba ryzykować, bo inaczej będzie nie dobrze.

Kiedy dotarłam do załomu - nie było wyboru. Trzeba było.
Co najmniej dwa strzały ! Co najmniej dwa wpakowałam mu prosto w korpus, reszta- przyznaję, mogła gdzieś się indziej zabłąkać, bo nie należę do osób z dobrą celnością ani obeznaniem z bronią.

A ten gnój wstał. Tak po prostu, zatoczył się najpierw w tył a potem wstał. Zaczęłam wiać, zaalarmowani inni próbowali dowiedzieć się co jest grane i też go zlikwidować.

Kiedy strzeliłam do niego po raz ostatni, już z bliższego dystansu - ulga. Ale też.. może zrobiłam źle ? Może to był mój największy błąd w życiu ?

Nikt nie skomentował, nikt nic do mnie nie mówił o zdarzeniu. Starali się gadać normalnie o normalnych rzeczach. Pomagałam robić Mamie ten obiad. Potem chwaliłam sałatkę.

Potem... tańczyliśmy...