Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Archiwum: marzec 2009

Who are you killing in your mind ?

wing 31/03/2009 @ 23:49

Z ważnym.
Wieściem:

--- irlandia została zbrukana !!!!!!

- krzyczą nagłówki gazet (wyobrażam to sobie, bo gazet nie czytam)

- ja cię, co za wydarzenie. Trening się odbył w połowie tak jak się odbywał zawsze. Za-w-sze !!

Po zdyszaniu nas trochę sensei zebrał nas w grupie i rzekł w te oto słowa:

- zaiste (tego nie powiedział), ważna chwila nadejszła. (tego też nie) ale mówił potem tak:
- postaram się to wam wytłumaczyć i jakoś przedstawić- (jako że my ciołki jesteśmy użył jednej jakże pięknej alegorii: "metoda na głoda").

mówił:

- wyobraźcie sobie, że stoi na stole serek homogenizowany. Ta cała zaistniała sytuacja jest tym serkiem. Rzecz w tym, iż ten serek na stole, nie jest pełnym serkiem - takim, jakim stałby, gdyby był -- normalny.

- temu serkowi czegoś brakuje, a wy stoicie nad nim płacząc. I u nas jest podobnie - jest serek, ale nie ma honoru. Honoru nie ma !

- i dlatego ta sytuacja jest taka ważna: serek jest, honoru brak. A w normalnej - honor ubywałby wraz ze serkiem - czyli równowaga nie zostałaby zachwiana !!

wzniósł znacząco palec ku górze. Poruszył głową. Spojrzał na nas wyczekująco. Mruknęliśmy ze zrozumieniem. Pokiwaliśmy poważnie głowami..

Potem przedstawiliśmy przedstawienie jakie z tej okazji przygotować dla nas do nauczenia raczył.

ireland
--------------------
-------
Taaak.. istotnie. Może być tak, że dotąd rozpatrywany przez ludzi sens jest nieistotny... jednocześnie zastanawiam się, czy nieistotność ciągłego pytania rzeczywiście jest nieistotnością, i czy możliwe, że jednak - może i nieistotny, ale jednak - się kryje jakiś w tym sens ?

The fish doesn't think because the fish knows everything

wing 27/03/2009 @ 23:13

spróbujmy tak bardziej na poważniej-niej-niej.

Kluczową sprawą wczorajszego wieczoru były gdzieś zakluczone klucze.
Niestety nie udało się ich wykluczyć, a szkoda.
Cała sprawa w rezultacie do tej pory jest odkluczona, co mi się wcale-A-wcale nie podoba.

Shit happens.

Zamyśleni i zanurzeni w oceanie dziwnych spraw zarzuciliśmy sobie P-O-S 51. (nie pomogło na mięśnie,eh.) A potem tak jakby poszliśmy spać.

Takie to banalne-ne-ne.

Nocą nie wiem czy jasną czy pochmurną, choć z niejaką dozą pewnej pewności mogłabym stwierdzić, że nie pełną, bo pełnią się sny nie śnią, nawiedził mnie sen - taki stały gość - co się przebiera czasem, ale zawsze wiadomo że to on.

Ciągle nie doszłam, co mówi. No bo on tak: mówimówimówi. Ja mówię: głośniej, wyraźniej. A on kiwa, a potem mówimówimówi, znowu tak samo, jak wcześniej. No to ja mówię: wyraźniej, głośniej, śmielej. On znowu kiwa entuzjastycznie, a potem mówimówimówi. No to ja: śmielej, głośniej, prościej, wyraźniej. No a on....

No i taka to nasza rozmowa. Trochę mnie to niepokoi, bo co jeśli to nie takie tam głupoty, a coś istotnego istotnie.

Potem, już przy poranku trochę rannym śmiać mi się chciało, bo niby byłyśmy uwięzione na jakimś obszarze i ruszać z niego nie miałyśmy pozwolenia. No ale życie nie jest proste, wiecznie trzeba coś załatwić, więc siodłałyśmy konie i dalej. Jak już załatwiłyśmy swoje zawiłe sprawy - wracałyśmy. A oni ze zdziwieniem podniesionymi brwiami dziwili się, że wróciłyśmy.

I zrozum tu, człowieku, ludzi...

Potem było trochę słońca, co przywróciło odrobinę wiary w wiosnę.

just playing with my paranoia

wing 21/03/2009 @ 00:10

Deszcz ostatnio padał, a jako że deszcze generalnie nie przeszkadzają mi za bardzo - postanowiłam się w jakże miłym męskim towarzystwie przejść do opery. Wybrałam czarną wąską suknię i długi sznur pereł. Wydawało mi się to odpowiednie - budynek opery był duży, stary, mieścił się przy wyłożonej brukiem wąskiej uliczce, nikt nią nie jeździł prawie.

Lubię poskramiać chaos i przywracać równowagę. uspokaja mnie to i raduje niespokojną duszę.

Potoki deszczu lały się z nieba. Chciało mi się stanąć i przyłączyć się do ogólnej, wyczuwalnej wokół rozpaczy. A mogłam jedynie pozwolić na delikatną pieszczotę kropel nagich ramion.

Po wyjściu z budynku - wciąż pod wrażeniem występu, przepychu, głosów, dźwięków, kolorów - umysł potrzebował czasu - byliśmy świadkiem dziwnej ceny.

Po drugiej stronie ulicy stał czarny samochód a za nim bryczka o jednym, bardzo solidnym kole zaprzęgnięta w karego konia. Z przedniego okna czarnego auta wychylała się twarz Szalonego Pingwina - oczywista, nie był on rzeczywistym pingwinem, tylko wszyscy w mieście go tak po cichu nazywali, z powodu aparycji. utarło się.

Więc widziałam go, jak się szaleńczo śmieje - nie był to widok miły i napawający optymizmem, o nie. Przebiegł mnie dreszcz. Do bryczki wsiadał właśnie łysy potężny jegomość o zaciętej twarzy. Nic nie mówił.

Ale widać było, że Szalony Pingwin z niego się śmieje. Auto odjechało. Bryczka dosłownie chwilę potem pomknęła w górę ulicy - w życiu nie sądziłam, że koń jest w stanie biec tak szybko.

Wiedziałam, że łysy jegomość zamierza prześcignąć Szalonego Pingwina, byłam jednocześnie pewna, iż nie zdoła tego dokonać. To, co nastąpiło potem wprawiło mnie w prawdziwe osłupienie. By skrócić sobie drogę, łysy jegomość pokierował bryczkę wprost na stojącą nieopodal kamienicę.

Chciałam odwrócić twarz, by nie obserwować zderzenia, krwi, nie słyszeć krzyków i kwiku bogom winnego ducha zwierzęcia. Stałam jednak nieruchomo i patrzyłam, jak bryczka wjeżdża na ścianę i mknie w górę, ku dachowi. Wstrzymałam oddech, jak cały świat wstrzymał, patrzyłam w górę i myślałam: "dasz radę, dasz radę, już niedaleko..."

Tuż przed szczytem odpadł. Odpadł, a ja słyszałam rozbrzmiewający wokół śmiech Szalonego Pingwina....

Ya - soldat, soldat zabytoy bogom strany

wing 03/03/2009 @ 21:44

Oglądałam w nocy film o Wielkiej Wojnie Angielskiej W Hiszpanii. Potem mi się przez życie przewijał ciągle ten film.
Oglądałam potem album, który wstrząsnął mną niezmiernie, bo nie spodziewałam się, że może tak być. Nie wiem czemu, właściwie, bo to się dzieje ciągle i zawsze.

Otóż. W ogóle, zacznę od filmu. Film, jak to film. Jak jest wojna, to i są dwie siły. Albo więcej, tu były dwie. Dużo partyzantki, przebieranie się za żołnierzy wroga, lasy, duma, zabici, ranni, pamięć i płacz. Pociski ponad głowami, liczenie każdego naboju, wysłużone karabiny służące zamiast misiów do poduszki - by łatwiej było zacząć.

A album. Album był ładnie wydany, na śliskim papierze. Zawierał kopie dokumentów z tamtej wojny. I - poniekąd - prawdę o niej. Przedstawiał historię o tym, jak to dwie siły postanowiły walczyć, bo nie potrafiły się dogadać. Każda z nich bardzo dobitnie przekonywała swoich ludzi do tego, że to słuszne, że nie ma innego wyjścia, by móc chodzić z podniesioną wysoko głową.

Jeszcze nie jest źle, generalnie. Ot, tak to jest. Racji nie ma, jest konflikt. Z tym, że.. Z tym, że kopie dokumentów w albumie jasno ukazywały, że obydwie siły chciały dokładnie tego samego. Chciały dokładnie tego samego, wszystkich przekonując dookoła, że jest zgoła inaczej, wszystko zachowując w totalnie mrocznej tajemnicy przed sobą nawzajem.

Do bani z takimi siłami, bym rzekła.