Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Perła

***

- Dzień dobry. Jestem Małym Buddą.
- Dzień dobry. Jja.. Ja jestem..
- Wiem.
- Aha.
- Chwyć w dłoń odrobinę powietrza. Zobacz, jakie jest miękkie. To Ci pomoże.


***

kiedy narcyz kwitnie, wody się burzą. kiedy bez przekwita - ziemianie się nużą.

Teoretycznie pocieszać bym się mogła, że każdemu się może zdarzyć. Mimo tego pocieszenia - byłam niezadowolona.
Otóż - wysiadłam z autobusu pewną będąc iż dojechałam do dworca. Okolica co prawda wydała mi się średnio znajoma, ale nie zważając na to szłam w kierunku uznanym przeze mnie za właściwy.
Prawie że pod auto wpadłam.. jeszcze ktoś na mnie nakrzyczał, że niby nie patrzę, gdzie idę.

No i dotarła do mnie prawda w całej okazałości: jestem w zabitej (dosłownie) dechami dziurze.. droga wąska, popękana. Ubogie gospodarstwa w których bawią się ubogie dzieci (dodam jeszcze, że brutalność ich zabaw mnie przeraziła, widziałam zrezygnowanego pieska przebitego jakimś żelastwem oraz drugiego, ze zbyt mocno ściśniętą smyczą).

Przystanku autobusowego trochę się naszukałam, jeszcze biegałam z jednej strony ulicy na drugą, zastanawiając się gdzie ten właściwy. W końcu, bo czekanie się dłużyło bardzo, jacyś miejscowi pokazali mi drogę "na skróty". Uf. No więc skorzystałam.

Gdyby to był koniec przygód na ten dzień, to by jeszcze uszło. Ledwie wróciłam do domu mężczyzna mój wyciągnął mnie na wycieczkę po jakichś piwnicach i podziemiach. "super łatwa i szybka droga do mojej koleżanki, zobaczysz" -mówił. No więc dobra.

Wprost z tych podziemi wychodziło się do kuchni owej koleżanki, która, jak tylko się wyłoniłam, zaczęła opowiadać, że ma dwójkę gości, że oni jeszcze śpią, a ona w tym czasie sobie po cichutku sprząta kuchnię, układa, gotuje. Wszystko tak cichutko, żeby ich nie obudzić.

Szalony był to wieczór. Napiszę tylko tyle, że dawno już nie wypiłam takich ilości herbaty. Rozmawialiśmy o przeróżnych sprawach, naprawdę, nawet o wyjeździe dnia następnego do hiszpanii. Z braku sponsorów odmówiliśmy, ale pomarzyć dobra rzecz.

Nie wiem kto mądry taką rzecz wypowiedział, ale Maciej się zastosował. Zaczął smarować żółwia trucizną po której małej skóra stawała się bardzo czerwona i nieładna. Bez zmartwień jednak - zapewniano - trucizna zapewni małej, że się odrodzi na nowo.

Po powrocie do domu patrzyłam na żółwia z niepokojem. Jedno oczko przymknięte, czerwoność prawie zeszła, ale generalnie wyglądała niefajnie. Zaczęłam się obawiać, że jeśli faktycznie po tej truciźnie umrze, to jaka gwarancja, że będę umiała ją odrodzić?

Poszłam się umyć. Tam kolejna straszna rzecz. Wołam mamę - mamo, powiedz co to, czy mam się martwić?
Mama krzyczy. Robi wyrzuty, że to wszystko przez wczoraj, że przez alkohol, że to moja wina..
A ja, no cóż. Nie przestałam się bać.

ze mną się, kurwa, nie napijesz ?!

A mnie się nie za bardzo chce śmiać, bo ostatnio spacerowałam bo bardzo chwiejnym i bardzo niesolidnie wykonanym moście. Mając nad sobą niebiosa całe w błękicie i złocie a pod sobą tajemniczą i skłębioną, jak i (zapewne) nieokiełznaną mgłę i ciemność.

Ciemność i mgłę.
Zamgloną ciemność.
Ciemną mglistość.

Wszystko zaczęło się od tego, że nie mam cierpliwości. Nie mam spokoju w głosie, nie mam ducha statecznego. No a wiadomo, żółwie wyczuwają takie rzeczy.

Potem już poszło łatwo, niezadowolenie, rozchwianie na wietrze, zmarznięcie na zimnie, skok do niepewnej wody (nawet jeszcze przed puszczeniem po niej kaczki!!).

I tak zabrnęłam w to miejsce dziwne i niejasne. Porzucając po drodze swoje postanowienia i zasady, swoje nawyki i sposób myślenia. Może dobrym pomysłem by było przejść przez ten most na drugi brzeg (a ja się wycofałam, jak to ja, tuż przed końcem) tak by się oczyścić. Zafundować sobie własne katharsis. Prywatne. I osobiste.

Niewiem no niewiemno. Się posypało. Ale w środku, bo na zewnątrz jest ok. Znów osiągnęłam minimum lokalne. Znów trzeba się namęczyć ze wspinaniem.

To w zasadzie podobnie jak z wędrowaniem na Sywulę. Idziesz i ciągle myślisz, że ta następna góra będzie tą właściwą. Ale kiedy zadowolony wchodzisz na jej szczyt - widzisz kolejną, większą. Więc myślisz sobie: "o, to będzie na pewno tamta". Po czym sytuacja się powtarza i powtarza. Aż jesteś tak zmęczony, że przestajesz myśleć. A wtedy.. wreszcie. Osiągasz szczyt.

Na samym dnie neony oślepiają mnie

Chyba się zestarzałam

(?)

Kto w dzisiejszych czasach, w moim wieku

(Age:24,5)

ma takie priorytety?

(1/ fajnie w domu
2/ wyprasowane ubranka dla żółwia
3/ upieczone/ugotowane)

Plus oczywiście parę normalniejszych rzeczy

(jakaś impreza (ehh, cocacolowa)
jakaś książka
jakiś film
jakiś WYJAZD (ehh, góóry..)
jakaś rzecz zrobiona tylko dla siebie)

Wniosek jest taki, że chyba nie w tej epoce się urodziłam, bo marzenia też mam dziwne

(domek z ogródkiem w czyssstej i naturallnej okolicy)

choć nie tylko

(nie pracować, nie jestem zwierzem pracującym, 8h ?? haha)

Aleśmy sobie do dupy życie zorganizowali

(ludzkość generalnie)

Dziś żółw przejawia wyjątkową dzienną aktywność, aż mi się babki przypalają. No i jeeee. Eh. je. A ja się stresuję za każdym razem, jak zaczyna.

Bo to jest takie "chap!" & action begins.

Jeszcze się pożalę:
śniadanie po 12 a na obiad nie miałam czasu. A ja muszę dietę!! co najmniej 5 posiłków dziennie. fUck.

tzn doba za krótka albo ta organizacja nawala.
no. nawala nawala. ale czas. 2 tyg minęło, to nie dużo. jeszcze.

"if you wanna be rich, you have to be a bitch."

Spotkałam dziś psa, który był mały, nic nie widział przez włosy i miał mordę całą we śniegu. I wyglądał na zadowolonego. Trochę poprawił mi humor.

Ponadto- już wczoraj przypomniał mi się jeden motyw.

Mianowicie- byłam u kogoś z wizytą, nie pamiętam nawet już u kogo, to nie jest ważne. Ważne jest, że ów ktoś miał kota. Kot był już bardzo stary, siedział w klatce. Ja sobie stałam naprzeciw i się jemu przyglądałam. W pewnym momencie coś małego z klatki wypadło. Rozglądałam się po podłodze zaciekawiona cóż to było, kto próbował jakoś łapą to zagarnąć i generalnie wyglądał na lekko poruszonego tą sytuacją.

Właściciel kota jak to ujrzał wszystko opowiedział i rozwiał. Z klatki wypadł kotu ząb. Jego jeden jedyny, który pomógł mu przeżyć tak długo. W zasadzie to nawet nie był jego własny, choć po takim czasie posiadania go na pewno go za takowy uznawał.

Od początku jednak. Kiedy kot był mały szanse na jego przeżycie były naprawdę niewielkie -bardzo chorował. Stracił wszystkie zęby. Gospodarz poruszony i zdesperowany poprosił Siły Zbrojne które akurat w jego mieście urządzały ogromną ucztę o resztki ze stołu.

ot, w zasadzie koniec historii, bo jak się domyśleć łatwo można, uratowały kotu życie - nie drążyłam skąd się w resztkach się ząb dla kota znalazł - i wszyscy odtąd żyli szczęśliwie.

ene due rabe

a. zapomniałabym.
szczęśliwa jestem.

eh żizń..

Z sennych rzeczy, które pamiętam (był jeden fajny motyw, który miałam w pamięci, ale niestety przez krótki czas tylko) to to, że we śnie mówiłam, że dwa razy śnił mi się zmarły niedawno dziadek i zastanawiałam się, co to może znaczyć.
A teraz mi wpadło do głowy, że za pośrednictwem snu chciał zobaczyć prawnuczkę, której się nie doczekał.
Ot, spekulacje.

Poza sennymi sprawami - powzięłam poważną decyzję o samodoskonaleniu się - w czym ma pomóc żółw.
Liczę w każdym razie na nią i mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Samodoskonalenie przede wszystkim w procesach organizowania sobie czasu, żeby był na wszystko - i czytanie, i komputer, i opiekę (taką solidną, rzecz jasna) nad żółwiem, i zadbanie o siebie, i jeszcze na zrobienie czegoś w domu, i w kuchni a potem żeby jeszcze był czas na pracę.
Trochę sporo jak na jedyne 24h ale podobno nie ma rzeczy niemożliwych..

Tak się przyziemnie zrobiło, ale śnieg fajny, więc można go z bliska pooglądać. No i ja też ostatnio przyziemnie żyję - na co nie narzekam, ale zaobserwowałam, że tak jak u Kayah, ciąża zweryfikowała trochę moje znajomości.

Chociaż w sumie ciężko się wybrać z brzuchatą osobą na rocko..
No a teraz tym bardziej - tylko grzeczne imprezy w domu - w sensie herbata.

No ale jeszcze tylko 18 lat i żółw poimprezuje z nami ;)

Czym całe życie? Szaleństwem?

Tyle się ostatnimi czasy o wojnie mówi, jakby ludzie już do niej tęsknili i szukali ukojenia, choćby najmniejszego, w mówieniu o niej. To nic że w kółko i bez sensu. Ale widocznie pomaga.
Z drugiej strony jednak, po zastanowieniu stwierdzam, ze metodę "w kółko i bez sensu" też czasem stosuję, przynosi ulgę.

sepia

Mnie dopadł jeden film. Tzn nie przystawił niczego do głowy, ani nie groził, po prostu pojawił się, gdy byłam w pobliżu. Znowu nie pamiętam tytułu, reżysera, roku produkcji, ani dokładnego toku akcji. Bo zainteresował mnie najbardziej tylko jeden fragment. A skoro tylko jeden fragment, to po co pamiętać resztę śmieci..

Przedstawiał świat w kolorze sepii. Jak na starych fotografijach. Mężczyzna w mundurze stał tyłem do ekranu i studiował mapę, na której było pokazane, jak szybko rozprzestrzenia się gaz bojowy wypuszczony "w teren". Byłam totalnie zdziwiona, jak dobre efekty można uzyskać przy pomocy wiatru (oczywiście jeśli nie wieje w stronę "naszą"), jak precyzyjnie można wszystko wyliczyć i oszacować z dokładnością ogromną. Jednocześnie przeszedł mnie dreszcz. Bo człowiek, który oglądał tą mapę był szaleńcem. na chwilę się odwrócił, było widać to w jego oczach. natychmiast zaczęłam się zastanawiać, jak szybko powinniśmy zacząć się bać, i czy przyszły "zdobywca świata" już się narodził.

Potem oglądałam tylko trochę (bo generalnie telewizja jest do niczego) spot reklamowy anty-nikotynowy. Autobus, w nim pasażerowie, i narrator pokazujący trupy na przystankach rzekomo obrazujące byłych palaczy.

Agresję i przemoc mamy chyba w genach.

o zaletach próżniowych pieców łukowych

Uważam, że moim zdaniem (tak mi podpowiada intuicja tudzież siódmy zmysł) chwile milczenia są budujące. Nie spodziewam się oczywiście, że z okazji całej tej budowy skończę w pięknym jednorodzinnym domku na wsi, ale chociażby się atmosfera i chwila napięcia wybudowała, byłoby dobrze.

Miło byłoby, jak sądzę, napisać, że obecnie żegluję sobie spokojnie po Oceanie Spokoju łowiąc raz za razem jakąś rybkę czy rekinka i rozmyślając o pięknie i mocy czających się we wszechświecie.

Wydaje mi się jednak, że sytuacja sprawia wrażenie zgoła innej, dlatego też nie ma zupełnie sensu zużywanie zbyt dużej ilości bawełny (zwłaszcza, że w Chinach mamy do czynienia z klęską suszy). Pewnie, że nie spotykam się ciągle ze sztormami, ale pewne meandry i mielizny losu nie ominęły nawet tego maleńkiego i niepozornego stateczku, na którym płynę.

Póki co widać jakieś palmy na horyzoncie. Może nawet z bananami nie zjedzonymi jeszcze przez wygłodniałe małpy z szaleństwem w oczach? Kto tam wie.. Idę uzupełnić dziennik pokładowy, żeby zimą, wieczorem móc popijając kakao powspominać dzieje.

hej, suczki..nanananaaa..

Jako osoba przez najbliższe miesiące niepoczytalna i nieprzewidywalna postanowiłam to uczcić.
Jeszcze nie wiem jak, ale podobno liczą się chęci. Jeszcze nie wiem czemu, ale podobno nimi dobrymi piekło wybrukowane. Czy jakoś tak.

Konwalie więdną, deszcz nie pada, odcinki House'a się kończą, a praca nie-na-pisana.

To tyle w skrócie. Aha, no w sumie jest jeszcze jedna rzecz, ale o oczywistościach głupio się gada.

Jakkolwiek, przyjmuję gratulacje.
Mój munż chyba tyż.