Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Cała karczma nasza. W OTCHŁAŃ się zatacza.

W życiu każdego człowieka, nawet kobiety, nadchodzi chwila, kiedy znajdzie się w disco barze.
Różnie ludzie reagują w takich sytuacjach. Niektórzy, cali w popłochu próbują uciekać, niektórzy ze stoickim spokojem na twarzy(wewnątrz burzą i chaosem, szałem prawdziwym) próbują przetrwać ten czas i sprawić, że będzie mijał szybciej, a o ni la da chwila znajdą się w bezpiecznym schronieniu.

Ja, tak sobie myślę, nie wiem, jak odbierali to inni, byłam jakoś tak pomiędzy. Na początku uciekająca, ale z sali do sali, z pomieszczenia do pomieszczenia, w końcu, zrezygnowana wylądowałam przy barze. kolorowym barze, gdzie światła migały w twarz barwami różnemi.

Ze zrezygnowanym wyrazem twarzy sączyłam kolorowego drinka którego podał mi barman w kolorowej koszulce, którego włosy były, a jakże, również kolorowe. Nie spodziewałam się żadnych niespodzianek. Prawdę powiedziawszy - modliłam się, żeby żadna nie nadeszła.

Co chyba je przywołało. Ją. Jego.

No więc jego. Myślałam że to kolejna osoba przepychająca się, by kupić cosmopolitana czy innego modnego kolorowego drinka. Zwrócił się jednak wprost do mnie.

- Weź je proszę i jej oddaj. Musisz to zrobić, ja już dłużej nie mogę.
Patrzyłam się na niego swym zrezygnowanym wzrokiem osoby pragnącej być w normalnym miejscu.
- Przepraszam?
- Weź je, proszę..- powtarzał jak mantrę wciskając mi parę złotych butów (szpilki, z paskami opasującymi kostkę)
- Przecież ona mnie nienawidzi. Jak niby mam jej je dać?
- Jeśli Ty tego nie zrobisz .. będę zgubiony - no pięknie. bierze mnie na dramatyzm, bierze mnie pod włos. A ja nie mogę sobie tak pozwolić.

Ale patrzy na mnie i nic nie mówi. Ja przymykam oczy, może to tylko sen.. Ciągle jestem. Ciągle jest. Z wahaniem przyjmuję je od niego.
Niech będzie co ma być. Ta wiedźma przecież nie może być tak straszna jak o niej mówią, prawda ?

Prawda ?!

dance me, baby. to the end of love..

Nadchodził wieczór a my ciągle włóczyliśmy się po tym opuszczonym mieście. Wszędzie gruzy, pełno śmieci. Nie znaleźliśmy niczego ciekawego.
Westchnienie w duchu (chociaż pewnie wszystko się odmalowało bardzo wyraźnie na twarzy) i przestawienie się na poszukiwanie schronienia.

Doszliśmy w końcu do jakiejś wieży. Czasem zdarza się takie szczęście. Rozglądając się dookoła weszliśmy. Wraz z nastawaniem mroku wzrastał niepokój.

Rozglądałam się tylko ciągle, czy nie ma w okolicy tych dwóch. Ich się bałam. Oni byli niebezpieczni. I jeśli ktoś nie uważał - widoczni dopiero sekundę przed śmiercią.

(Jedno zdarzenie z ich udziałem zapadło mi na zawsze w pamięci.. Dźwięk piły mechanicznej i bezwładnie spadające kawałki. Nie wiem czemu kojarzyły mi się z różyczkami kalafiora..)

Mimowolny dreszcz. Sio. Nie ma. Już nie ma. Już nie wróci.

Weszliśmy tam. Na górę schodami. On zabrał się za przeszukiwanie wnętrza, czy nie ma tam jakichś niemiłych niespodzianek, poprosiłam go o zostawienie mi jego karabinu. Tak na wszelki wypadek. Dla poczucia bezpieczeństwa. Przewiesiłam pasek przez ramię.

Siedziałam sobie w tym ciemnym pomieszczeniu na szczycie i ćwiczyłam uchwyt, szybkie odblokowanie i wycelowanie.
Pomimo tego, że podświadomie wiedziałam, że to on jest tym majaczącym za szybą drzwi ciemną postacią - o mało go nie zastrzeliłam. Nawet jak człowiek wie, to głupio potrafi zareagować - postraszyć się niepotrzebnie.

Pokręcił głową, a ja się uśmiechnęłam, ale chyba nie za bardzo z ulgą, bo ciągle mi się wydawało, że tak wcale nie jesteśmy sami.

No ale dobrze. Doszła do nas reszta ekipy. Oni to się nigdy niczym nie przejmowali. Zaczęli robić jedzenie (znaczy - Mama zaczęła, bo ona się na tym najlepiej zna, potrafi zrobić pierogi w najgorszych nawet warunkach) i gadać głośno.

Mi nagle serce mocniej zabiło i wypieki wystąpiły na twarz. Zobaczyłam chłopaczka od nas (nie znałam go za dobrze, bo niedawno zrekrutowany), taki brunet z dziwnie wystrzyżonymi włosami.
Skradał się w budynku obok - były duże okna i u nas i tam, dlatego udało mi się go zobaczyć. Skradał się z karabinem mając zamiar zabić któregoś z naszych - tych nieuwaznych dla których najważniejszym elementem dnia było jedzenie. Chowając się za każdym kwiatkiem (czy raczej resztką kwiatków w dużych donicach) zaczęłam iść szybciej niż on. Bałam się strzelać, żeby nie oberwać potem gradem stłuczonej szyby. Ale wiedziałam, że trzeba ryzykować, bo inaczej będzie nie dobrze.

Kiedy dotarłam do załomu - nie było wyboru. Trzeba było.
Co najmniej dwa strzały ! Co najmniej dwa wpakowałam mu prosto w korpus, reszta- przyznaję, mogła gdzieś się indziej zabłąkać, bo nie należę do osób z dobrą celnością ani obeznaniem z bronią.

A ten gnój wstał. Tak po prostu, zatoczył się najpierw w tył a potem wstał. Zaczęłam wiać, zaalarmowani inni próbowali dowiedzieć się co jest grane i też go zlikwidować.

Kiedy strzeliłam do niego po raz ostatni, już z bliższego dystansu - ulga. Ale też.. może zrobiłam źle ? Może to był mój największy błąd w życiu ?

Nikt nie skomentował, nikt nic do mnie nie mówił o zdarzeniu. Starali się gadać normalnie o normalnych rzeczach. Pomagałam robić Mamie ten obiad. Potem chwaliłam sałatkę.

Potem... tańczyliśmy...

o naturze wszechrzeczy.

Zupełnie.
To znaczy wziąć te wszystkie je, zmiąć w kulkę, rzucić nimi o ścianę, podeptać je, warknąć na nie, rozszarpać je a potem je podpalić.

Kiedy już będą się paliły płomieniem czystym a jasnym przeskoczyć ogień trzy razy, zwracając się za każdym razem w inną 1/3 część wszechświata, wyjąc z wilkami pospołu pieśń zwycięstwa i rozpaczy zarazem.

Bo zawsze kiedy umiera wróg jakaś pustka w sercu nastaje i człowiek czuje się bogatszy a zarazem biedniejszy.

Kiedy pieśń umrze wznieść pięści w górę, ku gwiazdom i stanąć niczym bóg ognia przeciwko bogowi niebios.

Wyszarpnąć zza pazuchy zawiniątko z solą i rozsypać za siebie, gdzie ono się pali i skwierczy. Baczyć należy by nie stało się to ruchem zbyt zamaszystym ,ale i nie zbyt oszczędnym, gdyż cenna przyprawa na ziemię tedy spadnie i nie osoli onego, co skwierczy.

Kiedy płomień trawiący ono przygaśnie - zasiąść można przebardzo.

You look so scared. Please, drop this gun.

Wczoraj, ot tak, zupełnie bez związku z czymkolwiek, co się wtedy działo, przypomniał mi się jeden z letnich dni.

Już dawno został zepchnięty do odmętów i kazamatów zarośniętych pajęczynami niepamięci.
Ale szłam przez las.

Wtedy. Błoto było, ale ja lubię się czasem nie przejmować, się pobrudzić i poczuć jak prawdziwy człowiek, który wie, co do niego należy, który nie zwraca uwagi na rzeczy ważkie i nieważne.
Taki profesjonalista, któremu uroku oraz, a jakże, wiarygodności dodaje błoto na butach, szrama na policzku i brudna koszulka.

Zastanawiałam się przez chwilę, czy jest możliwość minięcia paru nieciekawie wyglądających gości - nie miałam ochoty na starcie, gadanie, groźne miny. W końcu machnęłam w duchu dłonią i poszłam wprost przed siebie, najkrótszą drogą, zostawiając ślady swych stóp w błocie. Zgniatając i tak już zmaltretowane resztki trawy.

Nawet nie spojrzeli na mnie. Takie wrażenie przynajmniej odniosłam, bo sama ja ich nie zaszczyciłam spojrzeniem. Coś debatowali potrząsając swoimi replikami.

Ha ha. Byłam chyba jedynym człowiekiem wchodzącym na teren gry z prawdziwym karabinem.
Reszta ganiała z takimi na kulki.
Idąc obserwowałam ich zachowanie. Matko, jak ja bym chętnie do nich dołączyła... Wcielić się w takiego marines polującego na Alieny, na bandytów, terrorystów, kogokolwiek polującego.

Ale polującego.

A ja szłam. Kiedy tęskne myśli odpłynęły wyobrażałam sobie, co by było, gdyby któryś mnie zaskoczył czy przestraszył. Jakby wyglądał przeszyty serią.
W końcu odruchy to odruchy.
Miałam jednak nadzieję, ze żadnemu nie wpadnie nic tak głupiego do głowy. Żeby zaczepiać kogoś obcego.

ak47

Nikt nie miał. Byłam jak duch, biegali obok, tak blisko, że mogłabym któregoś złapać za rękę, włosy czy bluzę.
Tylko bałam się, że by ze strachem się wtedy obejrzeli.
I stanęłabym na wprost niewidzących mnie oczu.

2 tygodnie i 3 dni

Dziś widziałam kuleczki styropianu pędzące po chodniku, pośród setek stóp ludzi, którzy na nie w ogóle nie patrzeli...

I w końcu.. w końcu zobaczyłam jego..
A on, on po prostu podszedł.

A ja, ja zapomniałam zupełnie o świecie.

I powiedziałam mu, że nie umiem się odnaleźć. I powiedziałam mu, że tak bardzo, że nie wiem, co zrobić.

A on powiedział, że wszystko będzie dobrze.

-a czemuż nie pijasz kawy, panienko ?

Ah, adrenalina. Gorąco rozlało się po żyłach, uwielbiam to uczucie..

Zwolniłam trochę kroku, zamyślając się - świat mi świadkiem! - nad tym, cóż czynić w kolejności dalszej.

Było parę opcji, jak zawsze. Pytanie tylko, którą wybrać. Broń ciążyła za paskiem (fajnie to brzmi, generalnie była lekka, ale dobrze mi się myślało o niej w ten dosyć poetycki sposób), co jakiś czas przewijała mi się myśl o tym, że dobra jestem, że jej jeszcze nie zgubiłam. Po każdej takiej myśli obiecałam sobie, że wreszcie zainwestuję w kaburę.

Albo zażyczę sobie jej na prezent ślubny. Ha ha. Żart.

Dla porządku - żeby zgoda była z tymi wszystkimi detektywistycznymi sensacyjnymi książkami i.. filmami, no niech im będzie, że filmami też - więc dla porządku przyczaiłam się za drzewem.

Przyznam - ostatnio szczera jestem przed sobą jak mało kiedy - głupie to było jak nie wiem z mojej strony, ona i tak by mnie nie zauważyła wcześniej niż podczas zderzenia czołowego, więc była to dosyć niepotrzebna zabawa - zwłaszcza jeśli plątałyby się w okolicy jakieś znudzone mordy pragnące się czymś zainteresować.
Nie plątały się - jednak głupi chyba ma szczęście.
Znaczy ja, ha.

Wracając do opcji.
Miałam pustkę w głowie. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, nie miałam tylko pojęcia - cóż takiego zdziałać - żeby było inteligentne, z polotem i dało jakieś (najlepiej oczywiście pozytywne) efekty.

W końcu - straciłam cierpliwość do samej siebie. Ileż można myśleć, na dobre mi to nie wyszło nigdy, zawsze wynajdywałam sobie jakieś nieistniejące problemy i przeszkody. Ruszyłam przed siebie zdecydowanym krokiem (przez myśl przespacerował dosyć absurdalny pomysł, że chce mi się chodzić na rękach) - po paru sekundach gwałtownie zwolniłam po czym zaczęłam udawać, że wiążę sobie but, po czym (no, moze trochę zbyt szybko) wstałam i ruszyłam przed siebie ponownie pilnując się całą swoją siłą woli, by iść tak zwanym spacerem.

W końcu doszłam do etapu w którym byłam tuż za nią. Zaczęłam wyciągać dłoń, by poklepać ją po ramieniu albo coś, ale potem stwierdziłam, że gdyby mnie ktoś obcy poklepał po ramieniu, to bym mu chyba przyrżnęła. Zaczęłam więc myśleć nad czymś innym. Zrobiłam parę większych kroków i zaczęłam iść obok niej czekając, aż mnie zauważy i zastanawiając się, jak zacząć i co powiedzieć.

w moim domu lustra są małomówne.

Wreszcie.
Zakończenie nadeszło parę dni temu. Może nawet nie zakończenie, może nowy początek, całkiem innego życia. Lubię sobie czasem pomarzyć.
Wiara w lepsze jutro, wiara w to, że kolejny dzień będzie mniej parszywy niż ten poprzedni. Że ci wszyscy beznadziejni ludzie będą mniej beznadziejni tego kolejnego dnia.

To wszystko się sprowadza chyba do tego, że nigdy się nic nie wie, dlatego się wierzy i ma nadzieję. Wciąż i wciąż. Ciągle od początku.

Poszłam na spacer. Ten deszcz, zawierucha, zimno przenikające do samego ducha - aż się czuje że się żyje. No i mało ludzi. Nikt nie zaczepi, że zbiera na wino i potrzebuje drobnych.

Spacery mają w sobie coś magicznego, co przywraca do życia. Pewnie dlatego - wreszcie udało mi się ją znaleźć.

Była dokładnie taka, jak ją zapamiętałam. W białej sukience, smutna. Nikt jej nie zauważał. Chodziła ze spuszczoną głową, taka jakby zamyślona. Przeżywająca swoje życie wewnątrz siebie, nie czująca potrzeby podzielenia się nim z kimkolwiek.
Innym niż ona sama.

Córko grabarza. Nareszcie się spotykamy.

rola wódki w życiu każdego polaka i rosjanina

No i nadszedł ten moment, któregoż to się obawiałam.
Takie wypalenie oraz pustka w głowie, taka tabula rasa.
Lecz nadzieja mnie nie opuszcza ani jednego dnia, iż jest to czas przejścia (ciut niezręczny) do czegoś nowego i ciekawego.
Wszak.
Wszystko w dzisiejszych czasach musi być ciekawe, interesujące, przyciągające, atrakcyjne, miłe.
Bo jeśli nie jest, to się zginie marnie.
A oni zadźgają.
Takie nieatrakcyjne pomysły.
Rzecz jak najbardziej jasna.

A tak w ogóle to za miesiąc i 3 dni biorę ślub.

ale to zawsze zawsze zawsze

Zawsze powinno tak być.
Zawsze być TU i TERAZ.
Poświęcać swoją uwagę każdej chwili.
I nie żałować, że przemija.

Tak cudownie się wtedy człowiek czuje.

Po powrocie ze sklepu usłyszeliśmy tylko: wiecie już?
No pewnie. Zawsze wiemy wszystko i zawsze jesteśmy zorientowani - to dzięki niezastąpionej umiejętności czytania w myślach ludzi wokół.

Na początku oczywiście powiedziałam: nie.
Ale potem oni nam powiedzieli, że Osman to chodzący kantor, chodzące wszystko, co tylko trzeba załatwic, więc znalazły się jednak pieniądze.

3 czy nawet więcej godzin spędziliśmy w aucie. Trochę zdychając z gorąca, trochę grając w pokera. Zahaczyliśmy o targ nawet, ale zanim zdążyliśmy jakoś konkretniej się zastanowic, co tak naprawdę chcemy, nasycić się barwami, wchlonąć zapachy bylo: no, pajdiom, pajdiom. nam nada idti.

Golubyje ozjera były rzeczywiście błękitne. I się w końcu nie wykąpałam, bo poza całym tym błękitem były również odrobinę zimne (ok 2-3 stopnie, jak orzekł Dziadek). Zostawilam całe to pluskanie facetom. Nawet nieźle im szło.

- No i co, kurcze. Po kiego tu jeszcze siedzimy. Pokazał nam te jeziorka i co. I kurde pije wódę. Zajebiście, już nigdzie nie pojedziemy. Zachciało się wycieczki, do jasnej cholery.

Jak wróciliśmy z wizyty pod wodospadem do którego szlo się wąską i psychodeliczną ścieżką wzdłóż rieczki zawołali nas, żebyśmy z nimi też pili.

Te toasty!!

s600

Do gorących źródeł sunęłyśmy mercedesem s600 z kuloodpornymi szybami. Prowadził syn generała. Muzyka wypełniala wnętrze, nas, i wszystko, co tylko napotkała na drodze. Zwalnialiśmy delikatnie, kiedy trzeba bylo wyminąć krowy, dla ktorych największy klimat miało zjadanie trawy i wymijanie ostów. Potem przyspieszaliśmy. Patrzylam na błyskawice i granatowe niebo. Na krople deszczu na przedniej szybie.
Ściskałam w dłoniach drewniany domek.

Po głowie kołatała się piosenka o kabardyno bałkarii.

Woda była gorąca. Była tylko dla nas.
Śpiewaliśmy.
Krzyczeliśmy z radości.
Pryskaliśmy dookoła.
Skakaliśmy rozbryzgując na wszystkich wodę.

Potem znów: raz staliśmy cicho i słuchaliśmy co mowią, wnosząc kieliszki. Aż momentami dreszcze przechodziły. A potem, kiedy kończyli, śmialiśmy się i poklepywaliśmy po plecach. I oglądaliśmy zdjęcie, jak to generał piecze barana na szczycie Elbrusa.

Cudownie zmrożona woda mineralna.
Chleb, sól.
I wódka.

Wracając znowu śpiewaliśmy. Trzeba było dać upust emocjom. Nieoczekiwanych autostopowiczów uraczyliśmy katem i kawałkiem soczystego melona.
W przydrożnym kafe zatańczyły dla nas dwie dziewczyny.
Miały powiewne suknie i orientalną urodę.

O północy piliśmy szampana śpiewając sto laaat...

Bajka skończyla się dopiero o 2.oo, kiedy wróciliśmy spać. I musiała być opowiedziana. Bo u nas by się nie wydarzyla. Tylko tam. I będzie opowiedziana jeszcze wiele razy. Żeby nie tylko jedna osoba usłyszała.

w kawkaz !!

tak trochę rzewnie:
za niecałą godzinę wychodzę z domu na pociąg.

I znowu pojedziemy na wschód !!!!!
I znowu będziemy z pociągu oglądać zachwyceni.
I znowu będziemy oddychać górskim czystym powietrzem i pić wodę ze strumieni!!!
..

Chyba że jakiś pan z kałachem nam powie że niet, na elbrus to wy nie możecie.
Ale wtedy pójdziemy gdzieś indziej.

A no właśnie. Miałam sobie sprawdzić ile on tych metrów miał w końcu.