Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

-come on everybody! co -co -come on Everybody!! let's twist again..

zachód

"pal świece, żeby umysł był czysty."

Za jakimś pagórkiem (one zawsze się znajdą, nawet w najmniej spodziewanych okolicznościach), rzeczką nie za głęboką ni szeroką był domek.
W domku mieszkała dziewczyna. Miała kota. W glinianym garnku kisiła kapustę.
Co tydzień za domem paliła ognisko - dobry sposób na pozbycie się liści - to jesienią. A w inny czas - to dla duchów, tak twierdziła.
Miała małą, oprawioną w skórę (i grubą) książeczkę.

"strzeż się braku chęci i energii."

Żalił jej się ktoś kiedyś. Pamiętała oczy tej osoby, uciekały gdzieś w bok. Żalił się ten ktoś, że gonił za królikami, one się rozbiegały. Co ta osoba się zbliżała to one się rozpierzchały. Pytał się, czy to dobry temat na piosenkę. I czy powinien sobie kupić jakąś nową kurtkę.

"tylko przez krótki czas jesteś wojownikiem, oddaj zatem w tym czasie całego siebie."

Innym razem ktoś się zapytał:
-don't you want somebody to love ?
Odpowiedziała cicho, że tak. Ale nawet wtedy, gdy ten ktoś pogłaskał ją po policzku - ciągle czuła się samotna. Tylko czasem podnosiła niedowierzający wzrok w górę. Żeby dojrzeć oczy. A one się ciągle wpatrywały.

"w gruncie rzeczy, zawsze się zdąży zrobić to, co się zaplanowało, nie jest do tego koniecznie potrzebne spieszenie się ogromne i panika i złość."

Od tego czasu podśpiewywała przy zamiataniu i cieszyła się, że robi coś pożytecznego. Czuła się pod koniec dumna z siebie. Chciała, żeby ktoś ją pochwalił i dał ciasteczko, najlepiej z czekoladą.

"nie bój się."

Często uśmiechała się do swojego kota, zawsze miała dla niego parę miłych słów. Czasem podnosi na duchu: porozmawiać z kimś kto mruczy jak słyszy Twoje słowa. I nie komentuje i nie potępia i nie popędza.

"uśmiechaj się."

Ktoś kiedyś powiedział, że wtedy częściej wychodzi słońce.

Potrafię słuchać, tak. ...nie. ..tak! ...chyba...

-nie wierz swym oczom- szepnął wiatr.

słucham nie słów, lecz dźwięków

..ale on przed siebie szedł i tak..
..szedł za słonkiem tam, gdzie zachodziło..

Tam było ciemno. To był park, drzewa czarne. Liście czarne. Ziemia. Ławki. Brama. Tam, wśród traw - zabawki - takie żołnierzyki srebrne. One jedne. Mojego brata. Byłam bardzo niezadowolona że ona porozsypywała.

..ale on i tak przed siebie szedł..
..a on wodę życia znaleźć miał..

Nawet tego nie żałowała. O tak, byłam bardzo zła. A jej córka jeszcze ciągle krzyczała jakieś głupoty, że ktoś tam jest złem (ciągle zmieniała wersję kto), że GKS górą (a czasem Ruch).
Jak jakiś natrętny owad.

..lecz przeminą całe pokolenia..
..nim pokonać zdoła złotą dal..

Taaak. Ta złość. Nie wiem, czy destrukcyjna. Chyba tak. Pragnęłam niszczyć. Zwłaszcza, że ona była taka. Irytująca.
Po chwili całe twarze miałyśmy czarne od ziemi. Czarne od trawy. Czarne od nocy.

..woda życia nie istnieje..
..ale zawsze warto po nią iść..
*

Jej ciało było takie okropne. Bardzo miękkie, jakby bez kości. Chciałam się na niej zemścić, zaciskałam zęby naprawdę mocno. Ale ona nawet tego nie zauważała.
Naprawdę mocno. Z całym zaangażowaniem. Wszędzie.

I nic.
A tak chciałam, żeby bolało.

*fragmenty "ballady o głupim jasiu" Kaczmarskiego

I tell you-we will die.

Siedział na niewysokim pagórku. Nieruchomy. Wzrok przed siebie.
Wokół sam piasek, niebo.

I on.
On..

Wiatr zatarł już jego ślady.
Można by pomyśleć, że jest człowiekiem znikąd.

Słońce paliło. Zajmowało prawie całe niebo.
Gorące. Piękne. Złote. Wielkie. Silne. Paraliżujące.

Cicho.
Tylko szepty duchów pustyni.
I zawodzenie.

Nie, jednak się gdzieś patrzył.
Patrzył się..
Pustynia postanowiła zdradzić tajemnicę.

Patrzył się.
Chociaż.. co to za tajemnica, którą ktoś już zna..
Bo on wiedział.
Patrzył się na powiewający na wietrze biały kawałek szaty.

Patrzył
się.
Ale nie robił nic więcej, bo nie musiał.
Bo wiedział, że jestem tam ja.
Że moje kości wygrzewają się w słońcu.
Że piasek o nich pamięta. A ziaren piasku jest wiele, więc nie mogę narzekać na brak pamięci.
Że świeci na nie słońce.
Że jest dobrze, bo nie będąc ciągle jestem..
Że nie musi być smutny.

dom nie mój

..koty tak bezczelnie przychodzą domagać się pieszczot..

żeby czasem został chociaż ślad.

dark wood
Obrzędy cieszą się dużą popularnością.

Zwłaszcza, jeśli są mistyczne, nieznane.
Zwłaszcza, kiedy można założyć jakieś dziwne szaty.
Zwłaszcza, jeśli na tych szatach są naszyte tajemne symbole.

Sceneria. A jakże. Las. Chyba jakieś sosny, w każdym razie iglasty. Nie za gęsty.

Ciemno.
Ciemno.
CIEMNO
Księżyca nie.
Stały już dwa rzędy młodych ludzi. Dosyć liczne. Wszyscy w czarnych albo białych szatach, powłóczystych. Z kapturami.

Gdyby je rozłożyć na ziemi byłyby kołami. I wyglądałyby prawie jak śnieżynki. Białe albo czarne. Symbole bardzo zawiłe, przecinające się linie, biegnące wszędzie, bardzo.. nie wiem, jak to powiedzieć. Władcze ?

I doszliśmy my. Czułam się trochę zagubiona. Wszyscy moi współtowarzysze wiedzieli, godzie mają stanąć. Ona mówiła, o, ja mam być 22, to stanę tu. On mówił coś, że jest 4. Oni jeszcze coś innego. A ja się pytałam, skąd to wiedzą.
Nie wiedzieli skąd.

Zakładałam tą szatę. Była biała. Symbole czarne.
Zakładałam, i się martwiłam.

Martwiłam się, że to jest jakaś pułapka. Że się okaże, że to wcale nie jest zabawa, że to wcale nie jest na żarty. Że oni naprawdę chcą coś z nami zrobić.

Ale ktoś mnie uspokajał, bo chodziłam naprawdę do bardzo wielu ludzi pytać się, co myślą.
Uspokajał mnie słowami, że co ja przecież mogę im dać. Nie mam za dużo życia.. generalnie, że nie byłabym dla nich (ale, kto to są oni ??) za wielką zdobyczą.

Dobrze. Ale jak się zbierze bardzo dużo takich marnych zdobyczy?
To co wtedy?

to nie ptaki skrzydłami.flagi też czasem łopoczą.na wietrze.

Ktoś kiedyś powiedział, że zdanie na tematy poruszane w rozmowie z innymi ludźmi ma zależne od tego, z kim rozmawia.

I że ludzie mają do niego o to żal.
I że mówią o nim pod nosem: "ty zły człowieku.. co to ma znaczyć? Jak tak można.. zawiedliśmy się.. nie ma już komu ufać.. po co rozmawiać w ogóle? ...świat jest okrutny, musimy go zniszczyć!!"
wierzba
A przecież gałązki wierzby też są giętkie i elastyczne, nie opierają się wiatrowi, nie zaprzeczają postawą i mocnym głosem.

Gdyby nie one, pewnie Shirobei Akyama nie poczułby się natchnięty i nie stworzyłby swojego Yoshin-ryu.

Podobało mi się sformułowanie: "wyostrzony pod wpływem medytacji umysł".

Złe to miasto,w którym nie ma psów..

Chodziłam sobie po mieście. Było słońce, ładne alejki, trawniki.
A właściwie ..to uciekałam. Nic te próby jednak nie dawały.
Co chwilę słyszałam głos, starałam się odwrócić głowę, nie otwierać oczu wyobraźni, odejść, uciec, nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć.
Właściciel głosu ..zapewne bardzo był tym rozbawiony.

Jakiś człowiek miał pecha, i też natknął się na cały ten spektakl. Zły wziął do rąk psa. Szarego kudłatego. O sympatycznym pysku. I mówi:
-biorę go za łapy i podnoszę do góry. Czekam, aż pies nabierze do mnie zaufania, potem rozszerzam jego łapy, aż robi 'szpagat'..

..Nie chciałam znowu tego widzieć !! Ale wiem, co leżało już po zakończeniu.. Biedna, rozerwana, bezkształtna masa. Nawet nie zapiszczał w swojej obronie..
Wszędzie leżały takie zwierzątka...
Niektóre tak jak ten, rozerwane, z niektórych nożem zdarta skóra, niektóre jeszcze inaczej.. tak bardzo nie chciałam tego widzieć !!
Żeby to było i istniało. Naprawdę..

Zły chciał sparaliżować swym okrucieństwem tego człowieka. Mnie chyba nie widział, ale może wyczuwał, bo byłam obserwatorem, może dlatego bolało mnie to wszystko jeszcze bardziej.
Chciał i jemu coś zrobić, tuż po zrobieniu czegoś temu pieskowi.
Ale człowiek okazał się przytomny. Uciekł. Po prostu.

I biegł, w górę, w prawo, na ukos. I ja biegłam. Czułam siły niewyczerpane, byłam tu na innych warunkach niż oni. I biegł zły. Czasem czułam jego gorący oddech na plecach, odwracałam się wtedy i starałam biec szybciej. Zapominałam, że mnie nie widzi.

Biegłam po łąkach, podmokłych, po trawach. Gdzieś bardziej na prawo był las. Byliśmy bardzo zapamiętali w tym biegu. Dotarliśmy do śniegu. I biegliśmy dalej, było stromo, śnieg biały, raził w oczy.
Ale biegliśmy. Ja, zły i ten trzeci.. W szarym ubraniu.
Dotarliśmy.. do narysowanego czerwoną.. farbą ? okręgu, nie widzieliśmy jego końca, więc równie dobrze mogła być to prosta, łuk, coś zupełnie innego. I cyfry. 1987 ? albo jakieś inne. Duże, duże cyfry.

Wiedzieliśmy, że jesteśmy na szczycie.
Więc odwróciliśmy się i zaczęliśmy zjeżdżać na dół. Trzeba było uważać, niesamowita stromizna była zdradliwa, śnieg sypał w oczy, trzeba było starać się hamować pęd.
Po prawej minęliśmy.. gigantyczne okulary.. Po prostu leżały..

A potem.. potem zaczęliśmy spadać.. To, co było na dole zaczęło zmieniać położenie, było najpierw za nami, potem nad..
Uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy tylko małymi pyłkami, w zasadzie niczym. Niczym, które znalazło się nie tam, gdzie powinno.
Cały nasz świat był tylko mapą, którą jej właściciel, wraz z okularami podniósł do góry..
No i zobaczyliśmy nasz szczyt. I czerwony okrąg.. Wcale nie był taki duży..

A my.. spadliśmy gdzieś.. w nicość..
A potem, tak jak wcześniej, było wszystko.
Ale nie było nas.

spójrz, jakie to wszystko jest piękne.

christmas candle

..zbliżają się święta. Na pewno wszyscy z was, moi drodzy, nie mogą się już doczekać i myślą, jakie prezenty zakupić swoim ukochanym bliskim, jakie to śliczne kartki z choineczkami i aniołkami wysłać przyjaciołom z którymi podczas tego wspaniałego czasu nie uda się spotkać, jakie to śliczne i kolorowe choinki...

-Święta. ......mać !!! Pierdolę takie święta - oznajmił głośno światu idąc korytarzem. Korytarzem który, nota bene nasuwał w większości ludzi nieprzyzwyczajonych do tej kopalni myśli samobójcze. Może dlatego zamontowali w niektórych korytarzach radiowęzeł. Żeby podnieść morale.

Nie dość, że jakiś jełop załatwił superszybkie chłodzenie sporej części kompleksu rozwalając zupełnie nie wiadomo czemu rurę, co narobiło dosyć sporo burdelu, który trzeba natychmiast, ale to natychmiast, na wczoraj, na juz, na tydzień temu zlikwidować.. to jeszcze to radio.
Święta, do jasnej cholery. Jakie święta? Tu ? Na tym pierdolonym końcu świata ? Gdzie nawet diabeł nie zagląda bo to poniżej jego godności..no way..

-Dzieciom nie wolno się tu kręcić - warknął do jakiegoś bachora stojącego u wejścia do korytarza. Tego samego w którym ktoś się wyżywał na rurze. Zimno było jak cholera, chociaż dopływ azotu już od jakiegoś czasu odcięty.
-Ale ja czekam na tatusia. On pozwolił mi tu być! On poszedło sprawdzić co się tu dzieje i czekać na niego!
Jednym słowem - ciekawie jest.. Zdusił przekleństwo, przykazał siedzieć tu i nie ruszać się i czekać na niego i tatusia, po czym ruszył.
Ktoś bardzo był zły, ten ktoś, kto tak przypadkiem rozszczelnił rurę. Była pogięta i poszarpana, sporo czasu musiał się męczyć żeby wszystko naprawić.

Wyszedł z korytarza, zmęczony i zły na wszystko co wokół. Dzieciak stał. Zmarznięty lekko i chyba przestraszony.
-Tatuś właśnie pobiegł pana ratować, proszę pana..
-Jak to, kurwa, ratować?? - zapomniał, z kim rozmawia. -Jak to, ratować - powtórzył spokojniej.
-Bo powiedział, że znowu ci źli ludzie się pojawili, i musi pana ostrzec..
Nie czekał, czy coś jeszcze małe chciało mu powiedzieć. A przynajmniej nie chciał czekać.
-Ale ja też chcę ! Ja chcę pomóc ! Ja też muszę iść !
Odwrócił się.
-Jeżeli ruszysz za mną, to cię zabiję..

Mały chyba nie wiedział, jak to jest, dostać się w ręce tamtych.. Nie wiedział, i nie powinien się nigdy dowiedzieć..
Ot, z okazji świąt..

.fffFFff..f..na dworze wiatr.

Śniło mi się. Jednocześnie się nie śniąc.
I szłam pośród tego, odgarniając pajęczyny, dmuchając na kurz.

..próbowałam sobie z niego wróżyć.

Suche liście pod stopami krzyczały, że wcale nie umarły.
Że tylko tak wyglądają.. nijako.
Suche gałęzie nie wiedzieć czemu zebrane na stos.. poszłam sprawdzić, czy nie ma czegoś pod nimi.

Dla mnie.

Znalazłam wstążkę. Bławatkową. Trochę pogniecioną.
Schowałam głęboko do kieszeni bo wiedziałam, że jest ważna.
Ale nie pamiętałam dla czego.. dla kogo..
Spojrzałam w lewo.
Wydawało mi się przez chwilę, że jeśli pójdę w tamtym kierunku jeszcze parę kroków to będę tam, gdzie jest ziemia, którą znam.
I wtedy pomyślałam, że pójdę tam, pójdę, i wtedy poczuję się pewniej..
Poszłam zatem. Śpiewając kołysankę liściom. Bo smutno mi się robiło przez ten ich krzyk.
Stanęłam w tym miejscu, w którym myślałam, że będąc będę tam, gdzie chciałam być. Nie byłam.
Usłyszałam głos, jakieś pytanie. Rozejrzałam się, bo nie byłam pewna czy do mnie.

Do mnie, bo nie było nikogo.

Ale głos już odszedł.
Za długo myślałam..
Chciałam pobiec, żeby się wytłumaczyć.. ale nie znalazłam odpowiednich słów. I drogi.
Żałowałam.