so fuckin' scared.
so fuckin' scared.
naprawdę.
za dużo jest tych spraw.
ktoś przytuliłby..
Śpiewał dziś pan, dwa razy nawet, miał ładny głos, że szkoda czasu na zmartwienia. Że wszystko będzie dobrze..
A mi się znowu śniły takie rzeczy..
so fuckin' scared.
naprawdę.
za dużo jest tych spraw.
ktoś przytuliłby..
Śpiewał dziś pan, dwa razy nawet, miał ładny głos, że szkoda czasu na zmartwienia. Że wszystko będzie dobrze..
A mi się znowu śniły takie rzeczy..
nie chce mi się za bardzo myśleć, bo głowę mam nabitą elektronami wtórnymi i wstecznie rozproszonymi, w nocy znowu byłam w kirgistanie, koty mnie śledziły, wczoraj wyprałam swój brudny mózk (<-- chyba jeszcze trochę nie do końca) bo pisałam o binaryzacji.
noooo, nie wspominając o tym, ze Stivenson się nie najadł kawałkiem mięsa, które się podejrzanie na patelni skurczyło. Ale może i dobrze mu tak, bo przez niego, że tak hałasował, musiałam się bić.
co prawda walka szybko się skończyła - oszacowałam szanse i wyszło mi, że lepiej się oszczędzać. no to związali i wzięli gdzieś i zaprowadzili. Stivenson ich śledził i wyśledził. to tylko dlatego miał mieć większy kawałek niż inni.
gdybym chciała zmieniać swoje wykształcenie i miała do wyboru bycie kelnerką, kucharzem czy żadną z tych osób wybrałabym kucharza. czyli jestem indywidualistką i wolę pracować sama, nie w grupie.
(wybór żadnej z tych osób byłby najgorszym wyborem, bo wtedy oznacza, że się w ogóle nie ma na siebie pomysłu - a zawsze mi się wydawało że dokładnie tak właśnie mam... - kolejna sprawa do przemyślenia przed snem.)
siedmioletni brat ma swój numer gadugadu. co do tego też: i'm scared.
więc chodźmy i idźmy spać, pruszki atakują.

"pal świece, żeby umysł był czysty."
Za jakimś pagórkiem (one zawsze się znajdą, nawet w najmniej spodziewanych okolicznościach), rzeczką nie za głęboką ni szeroką był domek.
W domku mieszkała dziewczyna. Miała kota. W glinianym garnku kisiła kapustę.
Co tydzień za domem paliła ognisko - dobry sposób na pozbycie się liści - to jesienią. A w inny czas - to dla duchów, tak twierdziła.
Miała małą, oprawioną w skórę (i grubą) książeczkę.
"strzeż się braku chęci i energii."
Żalił jej się ktoś kiedyś. Pamiętała oczy tej osoby, uciekały gdzieś w bok. Żalił się ten ktoś, że gonił za królikami, one się rozbiegały. Co ta osoba się zbliżała to one się rozpierzchały. Pytał się, czy to dobry temat na piosenkę. I czy powinien sobie kupić jakąś nową kurtkę.
"tylko przez krótki czas jesteś wojownikiem, oddaj zatem w tym czasie całego siebie."
Innym razem ktoś się zapytał:
-don't you want somebody to love ?
Odpowiedziała cicho, że tak. Ale nawet wtedy, gdy ten ktoś pogłaskał ją po policzku - ciągle czuła się samotna. Tylko czasem podnosiła niedowierzający wzrok w górę. Żeby dojrzeć oczy. A one się ciągle wpatrywały.
"w gruncie rzeczy, zawsze się zdąży zrobić to, co się zaplanowało, nie jest do tego koniecznie potrzebne spieszenie się ogromne i panika i złość."
Od tego czasu podśpiewywała przy zamiataniu i cieszyła się, że robi coś pożytecznego. Czuła się pod koniec dumna z siebie. Chciała, żeby ktoś ją pochwalił i dał ciasteczko, najlepiej z czekoladą.
"nie bój się."
Często uśmiechała się do swojego kota, zawsze miała dla niego parę miłych słów. Czasem podnosi na duchu: porozmawiać z kimś kto mruczy jak słyszy Twoje słowa. I nie komentuje i nie potępia i nie popędza.
"uśmiechaj się."
Ktoś kiedyś powiedział, że wtedy częściej wychodzi słońce.
-nie wierz swym oczom- szepnął wiatr.
..ale on przed siebie szedł i tak..
..szedł za słonkiem tam, gdzie zachodziło..
Tam było ciemno. To był park, drzewa czarne. Liście czarne. Ziemia. Ławki. Brama. Tam, wśród traw - zabawki - takie żołnierzyki srebrne. One jedne. Mojego brata. Byłam bardzo niezadowolona że ona porozsypywała.
..ale on i tak przed siebie szedł..
..a on wodę życia znaleźć miał..
Nawet tego nie żałowała. O tak, byłam bardzo zła. A jej córka jeszcze ciągle krzyczała jakieś głupoty, że ktoś tam jest złem (ciągle zmieniała wersję kto), że GKS górą (a czasem Ruch).
Jak jakiś natrętny owad.
..lecz przeminą całe pokolenia..
..nim pokonać zdoła złotą dal..
Taaak. Ta złość. Nie wiem, czy destrukcyjna. Chyba tak. Pragnęłam niszczyć. Zwłaszcza, że ona była taka. Irytująca.
Po chwili całe twarze miałyśmy czarne od ziemi. Czarne od trawy. Czarne od nocy.
..woda życia nie istnieje..
..ale zawsze warto po nią iść..*
Jej ciało było takie okropne. Bardzo miękkie, jakby bez kości. Chciałam się na niej zemścić, zaciskałam zęby naprawdę mocno. Ale ona nawet tego nie zauważała.
Naprawdę mocno. Z całym zaangażowaniem. Wszędzie.
I nic.
A tak chciałam, żeby bolało.
*fragmenty "ballady o głupim jasiu" Kaczmarskiego
Siedział na niewysokim pagórku. Nieruchomy. Wzrok przed siebie.
Wokół sam piasek, niebo.
I on.
On..
Wiatr zatarł już jego ślady.
Można by pomyśleć, że jest człowiekiem znikąd.
Słońce paliło. Zajmowało prawie całe niebo.
Gorące. Piękne. Złote. Wielkie. Silne. Paraliżujące.
Cicho.
Tylko szepty duchów pustyni.
I zawodzenie.
Nie, jednak się gdzieś patrzył.
Patrzył się..
Pustynia postanowiła zdradzić tajemnicę.
Patrzył się.
Chociaż.. co to za tajemnica, którą ktoś już zna..
Bo on wiedział.
Patrzył się na powiewający na wietrze biały kawałek szaty.
Patrzył się.
Ale nie robił nic więcej, bo nie musiał.
Bo wiedział, że jestem tam ja.
Że moje kości wygrzewają się w słońcu.
Że piasek o nich pamięta. A ziaren piasku jest wiele, więc nie mogę narzekać na brak pamięci.
Że świeci na nie słońce.
Że jest dobrze, bo nie będąc ciągle jestem..
Że nie musi być smutny.
..koty tak bezczelnie przychodzą domagać się pieszczot..

Obrzędy cieszą się dużą popularnością.
Zwłaszcza, jeśli są mistyczne, nieznane.
Zwłaszcza, kiedy można założyć jakieś dziwne szaty.
Zwłaszcza, jeśli na tych szatach są naszyte tajemne symbole.
Sceneria. A jakże. Las. Chyba jakieś sosny, w każdym razie iglasty. Nie za gęsty.
Ciemno.
Ciemno.
CIEMNO
Księżyca nie.
Stały już dwa rzędy młodych ludzi. Dosyć liczne. Wszyscy w czarnych albo białych szatach, powłóczystych. Z kapturami.
Gdyby je rozłożyć na ziemi byłyby kołami. I wyglądałyby prawie jak śnieżynki. Białe albo czarne. Symbole bardzo zawiłe, przecinające się linie, biegnące wszędzie, bardzo.. nie wiem, jak to powiedzieć. Władcze ?
I doszliśmy my. Czułam się trochę zagubiona. Wszyscy moi współtowarzysze wiedzieli, godzie mają stanąć. Ona mówiła, o, ja mam być 22, to stanę tu. On mówił coś, że jest 4. Oni jeszcze coś innego. A ja się pytałam, skąd to wiedzą.
Nie wiedzieli skąd.
Zakładałam tą szatę. Była biała. Symbole czarne.
Zakładałam, i się martwiłam.
Martwiłam się, że to jest jakaś pułapka. Że się okaże, że to wcale nie jest zabawa, że to wcale nie jest na żarty. Że oni naprawdę chcą coś z nami zrobić.
Ale ktoś mnie uspokajał, bo chodziłam naprawdę do bardzo wielu ludzi pytać się, co myślą.
Uspokajał mnie słowami, że co ja przecież mogę im dać. Nie mam za dużo życia.. generalnie, że nie byłabym dla nich (ale, kto to są oni ??) za wielką zdobyczą.
Dobrze. Ale jak się zbierze bardzo dużo takich marnych zdobyczy?
To co wtedy?
Ktoś kiedyś powiedział, że zdanie na tematy poruszane w rozmowie z innymi ludźmi ma zależne od tego, z kim rozmawia.
I że ludzie mają do niego o to żal.
I że mówią o nim pod nosem: "ty zły człowieku.. co to ma znaczyć? Jak tak można.. zawiedliśmy się.. nie ma już komu ufać.. po co rozmawiać w ogóle? ...świat jest okrutny, musimy go zniszczyć!!"
A przecież gałązki wierzby też są giętkie i elastyczne, nie opierają się wiatrowi, nie zaprzeczają postawą i mocnym głosem.
Gdyby nie one, pewnie Shirobei Akyama nie poczułby się natchnięty i nie stworzyłby swojego Yoshin-ryu.
Podobało mi się sformułowanie: "wyostrzony pod wpływem medytacji umysł".
Chodziłam sobie po mieście. Było słońce, ładne alejki, trawniki.
A właściwie ..to uciekałam. Nic te próby jednak nie dawały.
Co chwilę słyszałam głos, starałam się odwrócić głowę, nie otwierać oczu wyobraźni, odejść, uciec, nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć.
Właściciel głosu ..zapewne bardzo był tym rozbawiony.
Jakiś człowiek miał pecha, i też natknął się na cały ten spektakl. Zły wziął do rąk psa. Szarego kudłatego. O sympatycznym pysku. I mówi:
-biorę go za łapy i podnoszę do góry. Czekam, aż pies nabierze do mnie zaufania, potem rozszerzam jego łapy, aż robi 'szpagat'..
..Nie chciałam znowu tego widzieć !! Ale wiem, co leżało już po zakończeniu.. Biedna, rozerwana, bezkształtna masa. Nawet nie zapiszczał w swojej obronie..
Wszędzie leżały takie zwierzątka...
Niektóre tak jak ten, rozerwane, z niektórych nożem zdarta skóra, niektóre jeszcze inaczej.. tak bardzo nie chciałam tego widzieć !!
Żeby to było i istniało. Naprawdę..
Zły chciał sparaliżować swym okrucieństwem tego człowieka. Mnie chyba nie widział, ale może wyczuwał, bo byłam obserwatorem, może dlatego bolało mnie to wszystko jeszcze bardziej.
Chciał i jemu coś zrobić, tuż po zrobieniu czegoś temu pieskowi.
Ale człowiek okazał się przytomny. Uciekł. Po prostu.
I biegł, w górę, w prawo, na ukos. I ja biegłam. Czułam siły niewyczerpane, byłam tu na innych warunkach niż oni. I biegł zły. Czasem czułam jego gorący oddech na plecach, odwracałam się wtedy i starałam biec szybciej. Zapominałam, że mnie nie widzi.
Biegłam po łąkach, podmokłych, po trawach. Gdzieś bardziej na prawo był las. Byliśmy bardzo zapamiętali w tym biegu. Dotarliśmy do śniegu. I biegliśmy dalej, było stromo, śnieg biały, raził w oczy.
Ale biegliśmy. Ja, zły i ten trzeci.. W szarym ubraniu.
Dotarliśmy.. do narysowanego czerwoną.. farbą ? okręgu, nie widzieliśmy jego końca, więc równie dobrze mogła być to prosta, łuk, coś zupełnie innego. I cyfry. 1987 ? albo jakieś inne. Duże, duże cyfry.
Wiedzieliśmy, że jesteśmy na szczycie.
Więc odwróciliśmy się i zaczęliśmy zjeżdżać na dół. Trzeba było uważać, niesamowita stromizna była zdradliwa, śnieg sypał w oczy, trzeba było starać się hamować pęd.
Po prawej minęliśmy.. gigantyczne okulary.. Po prostu leżały..
A potem.. potem zaczęliśmy spadać.. To, co było na dole zaczęło zmieniać położenie, było najpierw za nami, potem nad..
Uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy tylko małymi pyłkami, w zasadzie niczym. Niczym, które znalazło się nie tam, gdzie powinno.
Cały nasz świat był tylko mapą, którą jej właściciel, wraz z okularami podniósł do góry..
No i zobaczyliśmy nasz szczyt. I czerwony okrąg.. Wcale nie był taki duży..
A my.. spadliśmy gdzieś.. w nicość..
A potem, tak jak wcześniej, było wszystko.
Ale nie było nas.