Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

spójrz, jakie to wszystko jest piękne.

christmas candle

..zbliżają się święta. Na pewno wszyscy z was, moi drodzy, nie mogą się już doczekać i myślą, jakie prezenty zakupić swoim ukochanym bliskim, jakie to śliczne kartki z choineczkami i aniołkami wysłać przyjaciołom z którymi podczas tego wspaniałego czasu nie uda się spotkać, jakie to śliczne i kolorowe choinki...

-Święta. ......mać !!! Pierdolę takie święta - oznajmił głośno światu idąc korytarzem. Korytarzem który, nota bene nasuwał w większości ludzi nieprzyzwyczajonych do tej kopalni myśli samobójcze. Może dlatego zamontowali w niektórych korytarzach radiowęzeł. Żeby podnieść morale.

Nie dość, że jakiś jełop załatwił superszybkie chłodzenie sporej części kompleksu rozwalając zupełnie nie wiadomo czemu rurę, co narobiło dosyć sporo burdelu, który trzeba natychmiast, ale to natychmiast, na wczoraj, na juz, na tydzień temu zlikwidować.. to jeszcze to radio.
Święta, do jasnej cholery. Jakie święta? Tu ? Na tym pierdolonym końcu świata ? Gdzie nawet diabeł nie zagląda bo to poniżej jego godności..no way..

-Dzieciom nie wolno się tu kręcić - warknął do jakiegoś bachora stojącego u wejścia do korytarza. Tego samego w którym ktoś się wyżywał na rurze. Zimno było jak cholera, chociaż dopływ azotu już od jakiegoś czasu odcięty.
-Ale ja czekam na tatusia. On pozwolił mi tu być! On poszedło sprawdzić co się tu dzieje i czekać na niego!
Jednym słowem - ciekawie jest.. Zdusił przekleństwo, przykazał siedzieć tu i nie ruszać się i czekać na niego i tatusia, po czym ruszył.
Ktoś bardzo był zły, ten ktoś, kto tak przypadkiem rozszczelnił rurę. Była pogięta i poszarpana, sporo czasu musiał się męczyć żeby wszystko naprawić.

Wyszedł z korytarza, zmęczony i zły na wszystko co wokół. Dzieciak stał. Zmarznięty lekko i chyba przestraszony.
-Tatuś właśnie pobiegł pana ratować, proszę pana..
-Jak to, kurwa, ratować?? - zapomniał, z kim rozmawia. -Jak to, ratować - powtórzył spokojniej.
-Bo powiedział, że znowu ci źli ludzie się pojawili, i musi pana ostrzec..
Nie czekał, czy coś jeszcze małe chciało mu powiedzieć. A przynajmniej nie chciał czekać.
-Ale ja też chcę ! Ja chcę pomóc ! Ja też muszę iść !
Odwrócił się.
-Jeżeli ruszysz za mną, to cię zabiję..

Mały chyba nie wiedział, jak to jest, dostać się w ręce tamtych.. Nie wiedział, i nie powinien się nigdy dowiedzieć..
Ot, z okazji świąt..

.fffFFff..f..na dworze wiatr.

Śniło mi się. Jednocześnie się nie śniąc.
I szłam pośród tego, odgarniając pajęczyny, dmuchając na kurz.

..próbowałam sobie z niego wróżyć.

Suche liście pod stopami krzyczały, że wcale nie umarły.
Że tylko tak wyglądają.. nijako.
Suche gałęzie nie wiedzieć czemu zebrane na stos.. poszłam sprawdzić, czy nie ma czegoś pod nimi.

Dla mnie.

Znalazłam wstążkę. Bławatkową. Trochę pogniecioną.
Schowałam głęboko do kieszeni bo wiedziałam, że jest ważna.
Ale nie pamiętałam dla czego.. dla kogo..
Spojrzałam w lewo.
Wydawało mi się przez chwilę, że jeśli pójdę w tamtym kierunku jeszcze parę kroków to będę tam, gdzie jest ziemia, którą znam.
I wtedy pomyślałam, że pójdę tam, pójdę, i wtedy poczuję się pewniej..
Poszłam zatem. Śpiewając kołysankę liściom. Bo smutno mi się robiło przez ten ich krzyk.
Stanęłam w tym miejscu, w którym myślałam, że będąc będę tam, gdzie chciałam być. Nie byłam.
Usłyszałam głos, jakieś pytanie. Rozejrzałam się, bo nie byłam pewna czy do mnie.

Do mnie, bo nie było nikogo.

Ale głos już odszedł.
Za długo myślałam..
Chciałam pobiec, żeby się wytłumaczyć.. ale nie znalazłam odpowiednich słów. I drogi.
Żałowałam.

bang.bang.you are dead.

-A wiesz, że ja mogę Cię teraz zabić?
-Baterią?
-Tak.

I widzę jak wkłada baterię do lufy pistoletu.
Nie da się jej włożyć do końca. W momencie naciśnięcia spustu ciśnienie jest na tyle duże, że ona zostaje ze sporą prędkością wypchnięta. Odwracam się tyłem, żeby nie widzieć, kiedy wystrzeli, ale i tak obawiam się, że od huku do mojego końca zdążę jeszcze się przestraszyć i poczuć ból.

wierszyk na uspokojenie.

Powiedz do mnie.
Ale tak cicho.
Bo krzyczących nikt nie słucha.

O lisie, który się skrada. Którego nikt nie usłyszy. Którego nikt nie zobaczy. Który ma smukłe łapki. Który zimą jest biały. Który latem wygląda jak ogień.
Który ma miękkie futro i puszysty ogon.
Który pokazuje kły, kiedy się boi.
Który rozrywa ścięgna, chlapie posoką po trawie i kwiatach, który ze smakiem je parujące jeszcze mięso.
Który nie potrafi się do nikogo przywiązać. Który nikomu nie ufa. Który jest wolny. Który biega szybko i piszczy cicho
..tylko wtedy, kiedy nikt nie widzi.
Który się do nikogo nie przytula, bo nie musi. Bo sam sobie wystarcza.
Który nikogo nie potrzebuje. Który wie, po co jest. Który wie, czego chce.
Który nie traci czasu na podziwianie piękna. Dla którego piękno to stan naturalny. Który nie zna słowa "brzydki" , "zły".

bielik i lis /leśniewski/

rośnie księżyc

-czy jak się widzi dużo listonosz -y -ów to się też ma szczęście ?

-chodziłam po jakiejś farbie, bo miałam fioletowe stopy.

-i widziałam koty. takie szare, ze zmrużonymi oczyma. przyglądały się, leniwe i rozespane.

-koronkowe były serwetki na drewnianych stolikach, w ogóle, knajpa jak w domu, na łóżku ktoś spał, a reszta albo gadała o nie-wiem-czym albo wpatrzona w telewizor (wszystko to pewnie przez wczorajszą wzmiankę o tv podwieszonym na ścianie naprzeciw łóżka)

-"powiedz jej co znaczy po polsku ypbamb. to dopiero jest shizowe"

"obudź się.na ziemię zejdź.bądź mądry."

clock

-Wiesz, która jest godzina?
-Nie.
-Twoja ostatnia.
-?.. Co..? Ej, sorry. Nie mogę. Nie wyrobię się. Nie zdążę, no. Wiesz jak jest.. Muszę jeszcze
wyprasować obrus,
wstawić pranie,
pozmywać,
wynieść śmieci,
dokończyć oglądać serial bo wczoraj nie było czasu,
przesadzić kwiatki,
kupić drożdże,
iść na rockotekę,
nauczyć się ruskiego,
naszyć naszywkę,
potrenować karate,
nauczyć się robić pompki,
wypić za Anioły Stróże,
skończyć studia,
znaleźć pracę,
podlać kwiatki,
pojechać na wieś odwiedzić rodziców,
zrobić pizzę,
nakarmić myszzzzz.. ggggghhhhh.. hhh... ghhh... gyyy.... yy...

find.a place.in a.history

"Do you really think she can love more than me, do you really, really think so"

To był taki dzień, jeden z tych dni kiedy sporo osób myśli tak samo. Tak samo robi i w tym samym znajduje przyjemność.
Gwarna i mocno zadymiona knajpa to jest to, co daje czasem człowiekowi potrzebne wytchnienie. I potężnego kopa anonimowości - jeśli jeszcze komuś mało po całym dniu w anonimowym tłumie w autobusie i na mieście, na uczelni, i w warzywniaku, muzeum i parku.

..a ona żyła tak, że nikomu nigdy nie kazała o sobie pamiętać..

"I was willing for you to die, cause you were more precious to me, than my own life"

-Jeszcze jedną wódkę.
-Już, szefie. - zabiegany barman wszystkich tak nazywał. Nawet jeśli było się kobietą.

..a ona żyła tak, że nikomu nigdy nie kazała o sobie mówić..

"I won't believe that you really, really, wanna leave me, just because of her"

Piosenka wykonywała niełatwą robotę. Przesączała się, przeciskała przez tłum i inne głosy, by dotrzeć do uszu. Zresztą, kiedy już utorowała sobie drogę (łokciem, kolanem, mrugnięciem, delikatnym muśnięciem dźwiękiem) - płynęła. Spokojnie i bez przeszkód. Ciesząc się drogą i przesłaniem.

..a ona żyła tak, że nikomu nigdy nie kazała siebie słuchać..

"Have you forgot about, all the thing, we've been through, she was not the one, who was there for you"

Patrzeć się w ścianę. Nie słuchać głupot. Nie gadać głupot. Pomyśleć o tym i owym. Wypić. Pójść sobie.

..a ona żyła tak, że nikomu nigdy nie kazała siebie podziwiać..

"Don't leave me, i'm begging, I love you, I need you, I'm dying, I'm crying, I'm begging
Please love me" *

Krople wody spływające po szkle..są takie ładne.
..z pięciu kieliszków ustawionych wężykiem można ułożyć robaczka..

..a ona żyła tak, że nikomu nigdy nie kazała siebie odgadywać..

*Ayo "down on my knees"

tam gdzieś jest wzgórze.a na nim Twoja śmierć.

Znowu rozchodziło się o coś ważnego.Zresztą, zawsze tak przecież jest.
Coś, czego jeśli się nie przypilnuje, to świat się zawali.
...Coś, co jeśli pozostanie zostawione samemu sobie - zepsuje wszystko, wybuchną najważniejsze miasta, zginą ludzie, zabraknie jedzenia, zatrują się rzeki, zniszczy powietrze, przyjadą jeźdzcy, nastanie zaraza, zaleje powódź, ktoś kto nie powinien spije się w trupa, ktoś coś powie, co nie powinno być pod groźbą śmierci powiedziane...
Zostawiłam paru ludzi na łące, zajmowali się czymś ważnym wszak. Ja miałam swoje własne zadanie.

Krowy, skoro takie ważne, same sobie poradzą, albo znajdą się ludzie, co im pomogą. Na pewno.

Zawsze tak jest. Zawsze to powtarzam.
Zawsze.. zawsze nie jest łatwo.
Łąka nie sprawiła kłopotu. Komu by.
Wspinałam się na jakąś górę porośniętą trawami, trochę bez przekonania. Niby misja, ale nie za bardzo mi się chciało. Ot, rutyna ?
Na szczycie, no ba, artefakt już czekał.
Miecz. W dwóch pochwach.
Był czarny tyle że.. z jakiegoś miękkiego materiału. I jedyne co mogło mu pomóc, co mogło sprawić, że byłby prawdziwy i zdolny do zadawania ran, była moja wyobraźnia.
No, prosta sprawa. Kwestia wmówienia sobie, że on jest prawdziwy. I zdolny. I.
I lśniący.

Walka już machała dłonią. Już przywdziała świąteczną suknię. Całą szkarłatną i porwaną. Gdzieś za horyzontem. To nic, że nie potrafiłam dostrzec. Potrafiłam wyczuć.
Przeciwników - jak to bywa w życiu - było więcej niż ja jedna.
Ale szło nieźle, tu zdradliwe cięcie, tu niespodziewany przewrót, tu cios, tu kopnięcie.
Złamana ręka, rozwalony nos, krew na ramionach, szyi, torsie.
Krew otarta też zalanym czerwienią przedramieniem.
Ale potem mi przerwał ktoś ważny.

I te krowy się ciągle przewijały, bo były takie ważne.

I powiedział, że trzeba walczyć od początku..
Bo tamto jest nieważne.

Zawsze tak jest.. starasz się starasz.. a ONI Ci potem mówią..że trzeba jeszcze raz.. że tamto, to nie było to, to nie było na serio, tamtego, to tak na prawdę w ogóle nie trzeba było, że po co się męczyłaś ? Przecież..
Przecież. Zawsze tak jest.

modern thinking

turbo

Oni też gonią przyszłość.
To co było na prezentacji było parę kroków za nimi.
Też jest mikroskop skaningowy.

Też jest.
Tak, też jest.
Tak, jest.

ale
Z turbomolekularną pompką.
Teraz chłodzenie to nie problem.

some kind of hero

"-Jesus, did I say that, or just think it?
Jesus, did I say that?
Was I talking?
Did they hear me?" *

las vegas parano

Spojrzenie w jedną stronę. Gwałtowny zwrot w przeciwną. Zmarszczone brwi, podejrzliwy wzrok.
Uważać. Żeby oni nie usłyszeli.
Nie dostrzegli, jakie sny przesączają się do rzeczywistości.

*"Las Vegas Parano"