golden scorpio
Znowu wiało w oczy. Piach wciskał się do ust jakby szukając tam lepszej przyszłości. A takiej nie miał szans znaleźć.
Było nas pięcioro. Ciężkie buty, słone krople na twarzach. I słońce.
TO ukochane słońce.
Którego nienawidziłam.
Weszliśmy w końcu do domu.
Drewniany, bez zbędnych sprzętów. Nie wiem czy było tam coś więcej niż stół i parę krzeseł.
Nanieśliśmy piachu. Albo raczej - sam za nami wleciał. Tu też nie miał prawa spodziewać się czegoś lepszego niż na zewnątrz.
Dwóch wyszło. Wzięli broń i po chwili nie było już ich widać na horyzoncie. My zostaliśmy.
Jedzenie. Zaczynało robić się chłodniej i ciemniej - trzeba było się owinąć kocami.
Jeszcze przed wyjściem ostrzegli nas, żebyśmy uważali na złote skorpiony. Bo są zdradliwe. Bo są wszędzie.
Ale uważałam, że w domu nie powinny się znaleźć. Chociaż czujności nie, nie osłabiło to przekonanie. Co innego sobie myśleć a co innego mieć pewność.
Wreszcie ich zobaczyliśmy, kurz, że się zbliżają.
Ale przeczucia.
Coś było z nimi nie tak.
Broń ściśnięta mocniej. Jakby to mogło coś pomóc.
Mówię - coś nie tak. Są inni. Musimy uważać.
Nie wierzyli mi za bardzo. Ale pochowaliśmy się za załomami. Tamci też nie wracali tak jak powinni wracać, chowali się za wydmami, szli otoczeni pyłem.
Byłoby widać błyski w oczach.
Gdyby.
Ale nie było, tylko wyobraźnia.
Padły strzały. Wiatr zdusił krzyki. Kto przeżył. Ci dobrzy. Nie pamiętam, nie widziałam, świat mi uciekł spod nóg, ciemność zabrała wzrok.

Te skorpiony cholerne.
Nienawidzę, jak mi chodzą po rękach, po spodniach.
Nie da się wtedy ruszyć. Można tylko patrzeć.
I można się modlić.
Bo jak kogoś dotkną..
.. to świat już nie wygląda tak jak wyglądał.

digg it
del.icio.us