Złe to miasto,w którym nie ma psów..
Chodziłam sobie po mieście. Było słońce, ładne alejki, trawniki.
A właściwie ..to uciekałam. Nic te próby jednak nie dawały.
Co chwilę słyszałam głos, starałam się odwrócić głowę, nie otwierać oczu wyobraźni, odejść, uciec, nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć.
Właściciel głosu ..zapewne bardzo był tym rozbawiony.
Jakiś człowiek miał pecha, i też natknął się na cały ten spektakl. Zły wziął do rąk psa. Szarego kudłatego. O sympatycznym pysku. I mówi:
-biorę go za łapy i podnoszę do góry. Czekam, aż pies nabierze do mnie zaufania, potem rozszerzam jego łapy, aż robi 'szpagat'..
..Nie chciałam znowu tego widzieć !! Ale wiem, co leżało już po zakończeniu.. Biedna, rozerwana, bezkształtna masa. Nawet nie zapiszczał w swojej obronie..
Wszędzie leżały takie zwierzątka...
Niektóre tak jak ten, rozerwane, z niektórych nożem zdarta skóra, niektóre jeszcze inaczej.. tak bardzo nie chciałam tego widzieć !!
Żeby to było i istniało. Naprawdę..
Zły chciał sparaliżować swym okrucieństwem tego człowieka. Mnie chyba nie widział, ale może wyczuwał, bo byłam obserwatorem, może dlatego bolało mnie to wszystko jeszcze bardziej.
Chciał i jemu coś zrobić, tuż po zrobieniu czegoś temu pieskowi.
Ale człowiek okazał się przytomny. Uciekł. Po prostu.
I biegł, w górę, w prawo, na ukos. I ja biegłam. Czułam siły niewyczerpane, byłam tu na innych warunkach niż oni. I biegł zły. Czasem czułam jego gorący oddech na plecach, odwracałam się wtedy i starałam biec szybciej. Zapominałam, że mnie nie widzi.
Biegłam po łąkach, podmokłych, po trawach. Gdzieś bardziej na prawo był las. Byliśmy bardzo zapamiętali w tym biegu. Dotarliśmy do śniegu. I biegliśmy dalej, było stromo, śnieg biały, raził w oczy.
Ale biegliśmy. Ja, zły i ten trzeci.. W szarym ubraniu.
Dotarliśmy.. do narysowanego czerwoną.. farbą ? okręgu, nie widzieliśmy jego końca, więc równie dobrze mogła być to prosta, łuk, coś zupełnie innego. I cyfry. 1987 ? albo jakieś inne. Duże, duże cyfry.
Wiedzieliśmy, że jesteśmy na szczycie.
Więc odwróciliśmy się i zaczęliśmy zjeżdżać na dół. Trzeba było uważać, niesamowita stromizna była zdradliwa, śnieg sypał w oczy, trzeba było starać się hamować pęd.
Po prawej minęliśmy.. gigantyczne okulary.. Po prostu leżały..
A potem.. potem zaczęliśmy spadać.. To, co było na dole zaczęło zmieniać położenie, było najpierw za nami, potem nad..
Uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy tylko małymi pyłkami, w zasadzie niczym. Niczym, które znalazło się nie tam, gdzie powinno.
Cały nasz świat był tylko mapą, którą jej właściciel, wraz z okularami podniósł do góry..
No i zobaczyliśmy nasz szczyt. I czerwony okrąg.. Wcale nie był taki duży..
A my.. spadliśmy gdzieś.. w nicość..
A potem, tak jak wcześniej, było wszystko.
Ale nie było nas.

digg it
del.icio.us
Jesteś jakaś odmienna , inna niż my wszyscy , piszesz wiersze?jakieś niestworzone rzeczy.Masz w wyobraźni czarny krajobraz.Zrób coś z tym,odpisz mi na moim blogu modnisia.
nie piszę wierszy. nie umiem.
nie będę nic robić z moim krajobrazem wyobraźni, bo go lubię.
a snów się nie wybiera.
Niejako podsumowując. Mimo, że nie ma pewności co do strony słuszności to trzeba zrobić wszystko by w odpowiednim momencie znaleźć się po właściwej stronie. Tak byśmy na końcu to my zostali a nie on.
Czasami mam wrażenie że świat świętami nakręca się do tego stopnia, że gdy te nadchodzą to już się ich nie chce.
PS1. Wtrącanie się we własny komentarz jest właściwe. Reszta to abstrakcja zbyt wysokiego poziomu ;)
PS2. A to jeszcze przemyślę.
Słuchaj, przyśnią ci się jakieś dziwne sny a potem wypisujesz z tego to co ci się śniło , a tak naprawdę to jesteś jakaś odmienna.Bo nikt niewypisuje takich głupot na blogu nikt tego nierozumie masz 11/12 lat a masz czarny krajobraz zrób coś z tym.
tacy starsi ludzie nieprowadzą blogu tu są 11/12 dzieci kto cie zrozumie.przestań wypisywać jakieś ograniczone rzeczy!!