ale to zawsze zawsze zawsze
Zawsze powinno tak być.
Zawsze być TU i TERAZ.
Poświęcać swoją uwagę każdej chwili.
I nie żałować, że przemija.
Tak cudownie się wtedy człowiek czuje.
Po powrocie ze sklepu usłyszeliśmy tylko: wiecie już?
No pewnie. Zawsze wiemy wszystko i zawsze jesteśmy zorientowani - to dzięki niezastąpionej umiejętności czytania w myślach ludzi wokół.
Na początku oczywiście powiedziałam: nie.
Ale potem oni nam powiedzieli, że Osman to chodzący kantor, chodzące wszystko, co tylko trzeba załatwic, więc znalazły się jednak pieniądze.
3 czy nawet więcej godzin spędziliśmy w aucie. Trochę zdychając z gorąca, trochę grając w pokera. Zahaczyliśmy o targ nawet, ale zanim zdążyliśmy jakoś konkretniej się zastanowic, co tak naprawdę chcemy, nasycić się barwami, wchlonąć zapachy bylo: no, pajdiom, pajdiom. nam nada idti.
Golubyje ozjera były rzeczywiście błękitne. I się w końcu nie wykąpałam, bo poza całym tym błękitem były również odrobinę zimne (ok 2-3 stopnie, jak orzekł Dziadek). Zostawilam całe to pluskanie facetom. Nawet nieźle im szło.
- No i co, kurcze. Po kiego tu jeszcze siedzimy. Pokazał nam te jeziorka i co. I kurde pije wódę. Zajebiście, już nigdzie nie pojedziemy. Zachciało się wycieczki, do jasnej cholery.
Jak wróciliśmy z wizyty pod wodospadem do którego szlo się wąską i psychodeliczną ścieżką wzdłóż rieczki zawołali nas, żebyśmy z nimi też pili.
Te toasty!!

Do gorących źródeł sunęłyśmy mercedesem s600 z kuloodpornymi szybami. Prowadził syn generała. Muzyka wypełniala wnętrze, nas, i wszystko, co tylko napotkała na drodze. Zwalnialiśmy delikatnie, kiedy trzeba bylo wyminąć krowy, dla ktorych największy klimat miało zjadanie trawy i wymijanie ostów. Potem przyspieszaliśmy. Patrzylam na błyskawice i granatowe niebo. Na krople deszczu na przedniej szybie.
Ściskałam w dłoniach drewniany domek.
Po głowie kołatała się piosenka o kabardyno bałkarii.
Woda była gorąca. Była tylko dla nas.
Śpiewaliśmy.
Krzyczeliśmy z radości.
Pryskaliśmy dookoła.
Skakaliśmy rozbryzgując na wszystkich wodę.
Potem znów: raz staliśmy cicho i słuchaliśmy co mowią, wnosząc kieliszki. Aż momentami dreszcze przechodziły. A potem, kiedy kończyli, śmialiśmy się i poklepywaliśmy po plecach. I oglądaliśmy zdjęcie, jak to generał piecze barana na szczycie Elbrusa.
Cudownie zmrożona woda mineralna.
Chleb, sól.
I wódka.
Wracając znowu śpiewaliśmy. Trzeba było dać upust emocjom. Nieoczekiwanych autostopowiczów uraczyliśmy katem i kawałkiem soczystego melona.
W przydrożnym kafe zatańczyły dla nas dwie dziewczyny.
Miały powiewne suknie i orientalną urodę.
O północy piliśmy szampana śpiewając sto laaat...
Bajka skończyla się dopiero o 2.oo, kiedy wróciliśmy spać. I musiała być opowiedziana. Bo u nas by się nie wydarzyla. Tylko tam. I będzie opowiedziana jeszcze wiele razy. Żeby nie tylko jedna osoba usłyszała.

digg it
del.icio.us
Mnie już możesz dodać do licznika osób, które już usłyszały ;)
Musiało być... hmmm... nieprawdopodobnie niesamowicie(?).