dance me, baby. to the end of love..
Nadchodził wieczór a my ciągle włóczyliśmy się po tym opuszczonym mieście. Wszędzie gruzy, pełno śmieci. Nie znaleźliśmy niczego ciekawego.
Westchnienie w duchu (chociaż pewnie wszystko się odmalowało bardzo wyraźnie na twarzy) i przestawienie się na poszukiwanie schronienia.
Doszliśmy w końcu do jakiejś wieży. Czasem zdarza się takie szczęście. Rozglądając się dookoła weszliśmy. Wraz z nastawaniem mroku wzrastał niepokój.
Rozglądałam się tylko ciągle, czy nie ma w okolicy tych dwóch. Ich się bałam. Oni byli niebezpieczni. I jeśli ktoś nie uważał - widoczni dopiero sekundę przed śmiercią.
(Jedno zdarzenie z ich udziałem zapadło mi na zawsze w pamięci.. Dźwięk piły mechanicznej i bezwładnie spadające kawałki. Nie wiem czemu kojarzyły mi się z różyczkami kalafiora..)
Mimowolny dreszcz. Sio. Nie ma. Już nie ma. Już nie wróci.
Weszliśmy tam. Na górę schodami. On zabrał się za przeszukiwanie wnętrza, czy nie ma tam jakichś niemiłych niespodzianek, poprosiłam go o zostawienie mi jego karabinu. Tak na wszelki wypadek. Dla poczucia bezpieczeństwa. Przewiesiłam pasek przez ramię.
Siedziałam sobie w tym ciemnym pomieszczeniu na szczycie i ćwiczyłam uchwyt, szybkie odblokowanie i wycelowanie.
Pomimo tego, że podświadomie wiedziałam, że to on jest tym majaczącym za szybą drzwi ciemną postacią - o mało go nie zastrzeliłam. Nawet jak człowiek wie, to głupio potrafi zareagować - postraszyć się niepotrzebnie.
Pokręcił głową, a ja się uśmiechnęłam, ale chyba nie za bardzo z ulgą, bo ciągle mi się wydawało, że tak wcale nie jesteśmy sami.
No ale dobrze. Doszła do nas reszta ekipy. Oni to się nigdy niczym nie przejmowali. Zaczęli robić jedzenie (znaczy - Mama zaczęła, bo ona się na tym najlepiej zna, potrafi zrobić pierogi w najgorszych nawet warunkach) i gadać głośno.
Mi nagle serce mocniej zabiło i wypieki wystąpiły na twarz. Zobaczyłam chłopaczka od nas (nie znałam go za dobrze, bo niedawno zrekrutowany), taki brunet z dziwnie wystrzyżonymi włosami.
Skradał się w budynku obok - były duże okna i u nas i tam, dlatego udało mi się go zobaczyć. Skradał się z karabinem mając zamiar zabić któregoś z naszych - tych nieuwaznych dla których najważniejszym elementem dnia było jedzenie. Chowając się za każdym kwiatkiem (czy raczej resztką kwiatków w dużych donicach) zaczęłam iść szybciej niż on. Bałam się strzelać, żeby nie oberwać potem gradem stłuczonej szyby. Ale wiedziałam, że trzeba ryzykować, bo inaczej będzie nie dobrze.
Kiedy dotarłam do załomu - nie było wyboru. Trzeba było.
Co najmniej dwa strzały ! Co najmniej dwa wpakowałam mu prosto w korpus, reszta- przyznaję, mogła gdzieś się indziej zabłąkać, bo nie należę do osób z dobrą celnością ani obeznaniem z bronią.
A ten gnój wstał. Tak po prostu, zatoczył się najpierw w tył a potem wstał. Zaczęłam wiać, zaalarmowani inni próbowali dowiedzieć się co jest grane i też go zlikwidować.
Kiedy strzeliłam do niego po raz ostatni, już z bliższego dystansu - ulga. Ale też.. może zrobiłam źle ? Może to był mój największy błąd w życiu ?
Nikt nie skomentował, nikt nic do mnie nie mówił o zdarzeniu. Starali się gadać normalnie o normalnych rzeczach. Pomagałam robić Mamie ten obiad. Potem chwaliłam sałatkę.
Potem... tańczyliśmy...

digg it
del.icio.us