Ya - soldat, soldat zabytoy bogom strany
Oglądałam w nocy film o Wielkiej Wojnie Angielskiej W Hiszpanii. Potem mi się przez życie przewijał ciągle ten film.
Oglądałam potem album, który wstrząsnął mną niezmiernie, bo nie spodziewałam się, że może tak być. Nie wiem czemu, właściwie, bo to się dzieje ciągle i zawsze.
Otóż. W ogóle, zacznę od filmu. Film, jak to film. Jak jest wojna, to i są dwie siły. Albo więcej, tu były dwie. Dużo partyzantki, przebieranie się za żołnierzy wroga, lasy, duma, zabici, ranni, pamięć i płacz. Pociski ponad głowami, liczenie każdego naboju, wysłużone karabiny służące zamiast misiów do poduszki - by łatwiej było zacząć.
A album. Album był ładnie wydany, na śliskim papierze. Zawierał kopie dokumentów z tamtej wojny. I - poniekąd - prawdę o niej. Przedstawiał historię o tym, jak to dwie siły postanowiły walczyć, bo nie potrafiły się dogadać. Każda z nich bardzo dobitnie przekonywała swoich ludzi do tego, że to słuszne, że nie ma innego wyjścia, by móc chodzić z podniesioną wysoko głową.
Jeszcze nie jest źle, generalnie. Ot, tak to jest. Racji nie ma, jest konflikt. Z tym, że.. Z tym, że kopie dokumentów w albumie jasno ukazywały, że obydwie siły chciały dokładnie tego samego. Chciały dokładnie tego samego, wszystkich przekonując dookoła, że jest zgoła inaczej, wszystko zachowując w totalnie mrocznej tajemnicy przed sobą nawzajem.
Do bani z takimi siłami, bym rzekła.

digg it
del.icio.us