kiedy narcyz kwitnie, wody się burzą. kiedy bez przekwita - ziemianie się nużą.
Teoretycznie pocieszać bym się mogła, że każdemu się może zdarzyć. Mimo tego pocieszenia - byłam niezadowolona.
Otóż - wysiadłam z autobusu pewną będąc iż dojechałam do dworca. Okolica co prawda wydała mi się średnio znajoma, ale nie zważając na to szłam w kierunku uznanym przeze mnie za właściwy.
Prawie że pod auto wpadłam.. jeszcze ktoś na mnie nakrzyczał, że niby nie patrzę, gdzie idę.
No i dotarła do mnie prawda w całej okazałości: jestem w zabitej (dosłownie) dechami dziurze.. droga wąska, popękana. Ubogie gospodarstwa w których bawią się ubogie dzieci (dodam jeszcze, że brutalność ich zabaw mnie przeraziła, widziałam zrezygnowanego pieska przebitego jakimś żelastwem oraz drugiego, ze zbyt mocno ściśniętą smyczą).
Przystanku autobusowego trochę się naszukałam, jeszcze biegałam z jednej strony ulicy na drugą, zastanawiając się gdzie ten właściwy. W końcu, bo czekanie się dłużyło bardzo, jacyś miejscowi pokazali mi drogę "na skróty". Uf. No więc skorzystałam.
Gdyby to był koniec przygód na ten dzień, to by jeszcze uszło. Ledwie wróciłam do domu mężczyzna mój wyciągnął mnie na wycieczkę po jakichś piwnicach i podziemiach. "super łatwa i szybka droga do mojej koleżanki, zobaczysz" -mówił. No więc dobra.
Wprost z tych podziemi wychodziło się do kuchni owej koleżanki, która, jak tylko się wyłoniłam, zaczęła opowiadać, że ma dwójkę gości, że oni jeszcze śpią, a ona w tym czasie sobie po cichutku sprząta kuchnię, układa, gotuje. Wszystko tak cichutko, żeby ich nie obudzić.
Szalony był to wieczór. Napiszę tylko tyle, że dawno już nie wypiłam takich ilości herbaty. Rozmawialiśmy o przeróżnych sprawach, naprawdę, nawet o wyjeździe dnia następnego do hiszpanii. Z braku sponsorów odmówiliśmy, ale pomarzyć dobra rzecz.
Nie wiem kto mądry taką rzecz wypowiedział, ale Maciej się zastosował. Zaczął smarować żółwia trucizną po której małej skóra stawała się bardzo czerwona i nieładna. Bez zmartwień jednak - zapewniano - trucizna zapewni małej, że się odrodzi na nowo.
Po powrocie do domu patrzyłam na żółwia z niepokojem. Jedno oczko przymknięte, czerwoność prawie zeszła, ale generalnie wyglądała niefajnie. Zaczęłam się obawiać, że jeśli faktycznie po tej truciźnie umrze, to jaka gwarancja, że będę umiała ją odrodzić?
Poszłam się umyć. Tam kolejna straszna rzecz. Wołam mamę - mamo, powiedz co to, czy mam się martwić?
Mama krzyczy. Robi wyrzuty, że to wszystko przez wczoraj, że przez alkohol, że to moja wina..
A ja, no cóż. Nie przestałam się bać.

digg it
del.icio.us
Strach. Co to by było bez niego?
(nie żebym jakoś chciał skomentować wpis, ale taka myśl i się nasunęła i postanowiłem ją wylać, nie miej mi za złe).